środa, 23 września 2015

Zadzwoniłam pod 112 i pożałowałam...

     Przydarzyła mi się ta historia wczoraj i do tej pory pałęta mi się po łepetynie. Jakoś trudno mi się pogodzić z faktem, że zostałam potraktowana jak skończona idiotka, za jaką się nie uważam. Zadzwoniłam pod numer alarmowy dwa razy - pierwszy i ostatni. Tego mnie moja, niezbyt przyjemna przygoda nauczyła - lepiej ominąć kogoś, kto być może potrzebuje pomocy, niż narażać się na impertynencje ze strony tych, którzy za nasze, niemałe pieniądze, winni służyć pomocą. A było to tak...

   Przedpołudnie pięknego, słonecznego dzionka postanowiłam przeznaczyć na poszukiwanie nowych terenów do jazdy na koniu, bo na najbliższych stajni łąkach i polach wyrasta coraz więcej nowych domów i ogrodzeń. Przejeżdżając przez Bosutowsk Las, zauważyłam stojący przed szlabanem samochód. Nie byłoby w tym nic szczególnego, bo w to miejsce podjeżdżają zarówno grzybiarze jak i myśliwi czy zakochane pary. Ale tym razem było inaczej - samochód miał włączony silnik, a w środku, na rozłożonym siedzeniu kierowcy leżał młody mężczyzna. Pomyślałam, że może się drzemnął na chwilkę i dogrzewa silnikiem wnętrze samochodu.

   Pojechałam, zgodnie z moim planem na drugą stronę Dłubni, zwiedziłam pola ciągnące się do Michałowic, zapisałam w pamięci kilka wariantów konnych tras spacerowych i wracałam tą samą trasą w kierunku stajni. Samochód w lesie stał tak samo jak ponad godzinę wcześniej, silnik nadal pracował, a facet leżał bez ruchu, w tej samej pozycji. 

    Ponieważ nie zwykłam przechodzić obojętnie obok takich dziwnych sytuacji, zapukałam w dach samochodu, krzyknęłam - facet ani drgnął. Trochę się zdenerwowałam, bo pomyślałam, że może jest nieżywy. Miałam już zsiadać z konia i spróbować otworzyć samochód, ale natychmiast wyobraźnia podsunęła mi inne warianty zakończenia tej historii - przecież jestem sama, a facet wygląda potężnie, może wcale nie jest martwy, tylko pijany albo naćpany, da mi w beretkę i to ja sobie tak będę leżeć w lesie aż mnie ktoś znajdzie albo może być podłożona bomba i wszystko zostanie zmiecione z powierzchni ziemi, z samochodem, mną, Latoną i najbliższą okolicą. Aż dziw jakie obrazy potrafią w ciągu kilku sekund przemknąć przed oczami. 

    Zrezygnowałam z prób otwarcia samochodu i postanowiłam zadzwonić po pomoc. Pani, która odebrała telefon, była przejęta całą sytuacją, zanotowała, gdzie znajduje się samochód (podałam jej orientacyjne punkty, zaznaczając, że nigdy w tamto miejsce nie przyjeżdżałam samochodem, tylko na koniu, przez pola). Pani powiedziała, że przyśle tam miejscowy patrol policji, więc stwierdziłam, że miejscowi nie będą mieli problemu z lokalizacją miejsca. Później podałam swoje dane i pani przełączyła mnie do oddziału ratunkowego. I teraz przestało być przyjemnie.

   Dłuższą chwilę czekałam aż ktoś odbierze telefon, po czym odezwał się głos, w którym wyczułam zniecierpliwienie. Pewnie przeszkodziłam w czymś ważnym... Pan od razu potraktował mnie, delikatnie mówiąc, z buta. Niepojęte było dla niego, że ktoś może leżeć w samochodzie zaparkowanym w lesie i że ktoś inny go znalazł. Poradził mi ten pan, żebym otworzyła samochód i ratowała leżącego w nim osobnika. Nie był w stanie pojąć, że najzwyczajniej w świecie boję się włamywać do zamkniętego samochodu. Wreszcie stwierdził, że wyśle karetkę i kazał mi czekać na drodze. Odpowiedziałam, że nie będę stać z koniem na drodze, tylko co najwyżej obok. Na to pan w telefonie powiedział, żebym "uwiązała konia do drzewa i stała sama". Jak to usłyszałam, puściłam dym uszami i oświadczyłam panu, że nie można konia uwiązać do drzewa i porzucić w lesie, żeby samemu stać na drodze, narażając się na rozjechanie przez jakiś samochód. Na to, niezwykle miły pan z oddziału ratunkowego powiedział mi, żebym sobie nie myślała, że się znam na koniach. I się rozłączył. 

    Krążyłam sobie zatem w pobliżu asfaltówki, przeklinając w myślach chwilę, w której zdecydowałam się zadzwonić po pomoc. Pocieszając swoje rozdygotane nerwy doszłam do wniosku, że pan z telefonu może oglądał kiedyś jakiś western i dobrze, że mi nie kazał brać faceta z samochodu przed siodło i zawieźć im na miejsce. 

    Moje rozmyślania przerwał dzwonek telefonu. Dzwonił chyba jakiś inny pan z oddziału ratunkowego, który stwierdził, że nie ma pod ręką karetki, którą mógłby wysłać i żebym jednak otwierała ten samochód stojący w lesie. W tym momencie silnik zgasł. Gość w samochodzie się poruszył. Zaczęłam do niego krzyczeć, że wzywam karetkę, że mam tu ratownika na włączonym telefonie.... Facet popatrzył na mnie nieprzytomnym wzrokiem i powiedział, że nie trzeba, że wszystko w porządku...

    To wszystko słyszał pan po drugiej stronie telefonu i zjechał mnie na funty. Zakończył mniej więcej tak: "Jaja sobie pani robi! Wszystkie służby postawione na równe nogi, a gość się chciał tylko przespać!" I się rozłączył. Przypuszczam, że już nie słyszał jak powiedziałam, że no tak, oczywiście... Bo przecież każdy z nas, jak się ma ochotę przespać, to jedzie do lasu i śpi w samochodzie z włączonym silnikiem. 

    A teraz się dostało facetowi z samochodu, który patrzył na mnie jak na jakąś zjawę, która nie wiedzieć czemu czegoś od niego chce. Powiedziałam mu, co myślę o spaniu w samochodzie z włączonym silnikiem, zatruwaniu powietrza i moich nerwach. Wysłuchał z miną "hucz se ta hucz" i zamknął oczy. Pojechałam sobie wreszcie z tamtego miejsca i się poryczałam. I miałam cały słoneczny dzień z głowy, bo już się za nic sensownego wziąć nie byłam w stanie.

    Wiem jedno - jeśli jeszcze kiedykolwiek trafię na jakieś dziwne okoliczności, w których być może będzie komuś potrzebna pomoc, za żadne skarby świata nie zadzwonię na numer alarmowy. Ominę, choć nie leży to w mojej naturze. :(

12 komentarzy:

  1. Miałam kiedyś równie nieprzyjemną sytuację z numerem alarmowym, z taką różnicą, że dzwoniłam z informacją, że na chodniku leży człowiek, tam raczej trudno uciąć sobie drzemkę... No to się dowiedziałam, że dużo osób leży na ulicy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strasznie to przykre jest, zwłaszcza, jak się pomyśli, że sami możemy być kiedyś tymi leżącymi... Albo ktoś z naszych bliskich.

      Usuń
  2. Dorota to straszne ,a tyle oczekuje się od każdego z nas aby uratować człowieka , właśnie dziś była migawka o kierowcy autobusu któremu jakaś kobieta zawdzięcza życie , a Ty odwróć sytuację i pomyśl ,że gdybyś nie usiłowała pomóc a dowiedziała się ,że ten człowiek zmarł z braku reakcji to nie wściekłość a wyrzuty sumienia byłyby na długo w Tobie "odpuść" ten przypadek i pomyśl ,że i tak zrobię to znowu bo to mniejsze zło niż czyjeś życie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to wszystko wiem... Dobrze, że facet spał, a nie był martwy. Tylko postawa tzw. "służb" jest nie do przyjęcia. Może już mi się nie przytrafi taka sytuacja, że będzie potrzeba korzystania z ich pomocy.

      Usuń
  3. Dorota, każda sytuacja w życiu, nawet ta najbardziej nieprzyjemna, czegoś nas uczy w życiu i ma to swój jakiś cel. Nie przejmuj się tak tym wszystkim. Nie warto dawać się wyprowadzić z równowagi przez durniejsze istoty. Trafiłaś na dwóch imbecyli. Nie pałaj do nich odrazą czy nienawiścią, ale ucz się i nie popełniaj ich błędów. Myślę, że Twoja intuicja w przyszłości już będzie bardziej wyczulona na to, czy w danej sytuacji należy pomóc czy nie. ;-)

    Paweł Lenart

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam tę zasadę - "co cię zabije, to cię wzmocni".

      Ja nie potrafię się nie przejmować i takie zdarzenia przeżywam bardzo dogłębnie. Ale całą "złą energię", jaka się we mnie nagromadziła, już wyładowałam. :)

      Usuń
    2. heh, u mnie brzmi "co cie nie zabije, to cie wk*rwi" i tutaj nawet bardziej pasuje ;)
      a tak poważnie - pech z tymi tumanami na linii, ale twoje postępowanie jak najbardziej słuszne i właściwe. Lepiej być potraktowanym przez śpiącego jako zakłócacz snu i chwile sie powkurzać, niż obojętnie przejść obok kogoś kto potrzebuje pomocy
      ciocia anja

      Usuń
    3. Coś mnie ten pech ostatnio za bardzo prześladuje... Tego samego dnia okazało się, że zaginęła paczka, na którą czekałam od czwartku. I nikt nie wie, gdzie ona jest... A mała nie była - z siodełkiem dla dzieci.:(

      Usuń
  4. a tak przy okazji - tym tytułem wpisu podniosłaś mi nieźle ciśnienie, zanim doczytałam o co chodzi, i że wy wszyscy cali i zdrowi ;)
    ciocia anja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ania, to jedną kawę zaoszczędziłaś.:)

      Usuń
  5. Proszę zauważyć że w życiu zdarza się też tak
    -że mimo starania się człowieka –
    -że mimo okazywaniu serca –
    -znajdzie się ktoś kto skrytykuje
    - urazi czy obrazi .czy też skrzywdzi -
    Więc proszę posłuchać –innym czasami się wydaje
    -że są najdoskonalsi ,najmądrzejsi- bez wad
    -i krytykują – bez zastanowienia –bezmyślnie
    -dla nich nie ważne że ktoś cierpi
    Jeśli to Pani poprawi chociaż trochę nastrój
    To ja powiem w ich imieniu Przepraszam
    Oni nie doceniają nie rozumieją
    -dobrych intencji człowieka –
    -nie doceniają serca-wrażliwości –
    A wartość człowieka to intelekt i wrażliwość
    Czasami intuicja z serca podpowiada
    -że coś się dzieje –że może komuś potrzebna jest pomoc
    Ja nie jestem doskonały-mam wady
    Ale doceniam –dobre intencje
    -intencje udzielenia pomocy –widzę w tym dobre serce drugiego człowieka,dlatego przepraszam raz -jeszcze –Pozdrawiam Serdecznie .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję z całego serca za tak ciepły i pełen zrozumienia komentarz. Samopoczucie, po upływie czasu, zdecydowanie mi się poprawiło, ale wtedy czułam się strasznie.

      Ja wiem, że ludzie są różni, ale ja najczęściej trafiam na tych "dobrych", rozumiejących. I pewnie brak mi twardości w kontaktach z tymi, którzy nie przemyślą, co mówią i uważają się za najmądrzejszych, jak napisałeś. Ale nie potrafię inaczej - muszę wszystko przeżyć dogłębnie, ale jakoś mnie to niewiele uczy... I następnym razem pewnie postąpiłabym podobnie.

      Wiesz, ja kiedyś miałam wypadek na rowerze - szósta rano, ulice prawie puste. Kierowca, który pomógł mi pofruwać z rowerem, odjechał. Pomogli mi ludzie z domu stojącego przy drodze - wezwali karetkę, przechowali to, co zostało z roweru. Gdyby tego nie zrobili, gdyby dyspozytor ich zrugał za zakłócanie spokoju, mogłoby być gorzej niż było.

      To było kilka lat temu, ale takie sytuacje zdarzają się codziennie, każdy może się zetknąć z nimi w zupełnie nieoczekiwanym momencie. I oby po drugiej stronie telefonu był ktoś, kto zrozumie.

      Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie.:)

      Usuń