niedziela, 28 lutego 2016

Końsko, grzybowo i wiosennie imprezowo

     Niedzielę spędziliśmy w przemiłym towarzystwie naszych końsko - grzybowych znajomych - Ani i Roberta. Jeszcze dwa dni temu Pawełek sprawdzał prognozy i cieszył się, że będzie cieplutko. Ale, jak to z pogoda bywa, w ostatniej chwili stwierdziła, że się zmieni - w nocy sypnęło śniegiem, a poranek był pochmurny i zimny. W ciągu dnia temperatura poszła nieco w górę, ale tylko nieznacznie i atmosferę trzeba było podgrzewać.;)

     Podgrzewanie rozpoczął jak zwykle Pawełek rozpalając stajenne ognisko. Nie szło mu to dzisiaj łatwo, bo drewno było mocno nasiąknięte po nocnych opadach. Wkrótce z pomocą przyszli mu nasi goście i ognisko zaczęło grzać. Michaś z Krzychem udoskonalali swoją bazę, a ja cały ten czas poświęciłam na zeskrobywanie błotnej panierki z Latony i Ramzesa. 

     Po doprowadzeniu koni do stanu używalności, pobieżnie wytrzepałam siebie i ruszyliśmy z Robertem na koński spacer. Na skraju pól czekały na nas dyżurne sarenki żerujące na poprószonej śniegiem oziminie.
     Pojechaliśmy na naddłubniańskie łąki i do lasu - miejscami ziemia była pokryta bielą, miejscami całkiem już wiosenna. Wykorzystaliśmy dzisiaj końską chęć dopędzenia wiatru i pozwoliliśmy Latonie i Ramzesowi na zaspokojenie naturalnej potrzeby ruchu.
     Po tej szybkiej jeździe koniska z ochotą pognały na padoki, żeby nałożyć na siebie nową warstwę błocka, a my z Robertem dołączyliśmy do ogniskowego towarzystwa. Panowie zaczęli rozgrzewać się nie tylko zewnętrznie, ale i od środka - przywiezione piersióweczki musiały zostać przecież opróżnione. Każdy coś przekąsił i zaczęłam poganiac towarzystwo do pójścia na spacer.
     Celem były rosnące niedaleko chaszcze, w których mieliśmy szukać śladów Pani Wiosny i grzybów oczywiście - wszak niedziela bez jakiegoś grzybobrania nie byłaby w pełni niedzielą. Teren naszych poszukiwań jest uroczy - stare wierzby porastające brzegi rowów melioracyjnych dodają temu zakątkowi tajemniczości i dzikości. i wszystko byłoby wspaniałe, gdyby nie tony śmieci leżące miejscami, wysypane wprost z przyczepy traktora można tam znaleźć wszystko - od powszechnych w każdym zakątku plastikowych butelek, przez zużyte buty, po słupki ogrodzeniowe zamontowane w betonowych kulach.
     Wierzby podziwialiśmy, a dokładnie oglądaliśmy krzaki dzikiego bzu, których niemało rośnie w tym miejscu. Szukaliśmy oczywiście uszaków. Nasi goście po raz pierwszy pozyskiwali te grzyby - Robert był bardziej niż szukaniem, zajęty rozmową z Pawełkiem, ale w Ani obudził się duch rasowego pazerniaka. Szturmowała zarośla, pokonywała leżące na ziemi przeszkody, by dotrzeć do wypatrzonych z odległosci grzybków.
uszak bzowy Auricularia auricula-judae
     Było ich sporo, ale mniej niż się spodziewałam. Niektóre wyrosły w miejscu, w jakim wcześniej nie udało mi się ich spotkać - na korzeniach powalonego krzewu. Minusem uszaków korzennych było zabrudzenie ziemią, czego nie ma w przypadku owocników rosnących na wysokościach.
uszak bzowy Auricularia auricula-judae
     Żeby dotrzeć do wszystkich grzybków, trzeba było się przemieszczać z jednej strony rowu na drugą. Szło to na tyle sprawnie, ze udało mi sie złapać w obiektyw jedynie Dyzia pokonującego wodną przeszkodę.
     Po drugiej stronie czekały na nas nie tylko uszaki, ale i pojedyncze zimówki aksamitnotrzonowe, których, ze względu na niewielką ilość, nie zabraliśmy z sobą.
zimówka aksamitnotrzonowa Flammulina velutipes
uszak bzowy Auricularia auricula-judae
     Nie zapomnieliśmy też o wypatrywaniu wiosny. Oprócz kwitnących już od dawna baziek, leszczyn i olszy czarnej, udało nam się znaleźć kwitnące gwiazdnice i pierwiosnki.
     Pierwiosnki rozkwitły tylko w kilku najlepiej dogrzanych punktach. W wielu innych miejscach wystawiły nad ziemię jedynie małe zielone listeczki. Za jakiś czas w wielu miejscach będzie żółto od tych uroczych wiosennych kwiatuszków.
     Pawełek i Robert stwierdzili wkrótce, że już się naspacerowali i MUSZĄ wrócić na stajenne podwórko, aby pilnować ognia (żebyśmy się mogli ogrzać, kiedy wrócimy). A nam się jeszcze wcale wracać nie chciało - poszliśmy dalej, gdzie czekały na nas kolejne uszaki i mnóstwo innych atrakcji.
      Krzyś mógł powalczyć z zastępami wyschniętych trzcin, które wcale nie były całkiem bezbronne i nie tylko smagały małego rycerza, ale i odważyły się odebrać mu broń. Na gwałt musiałam szukać nowego miecza, aby osuszyć spływające po Krzysiowej buzi łzy. Na szczęście patyków w okolicy nie brakowało.:)
     Było też zdobywanie konarów powalonego drzewa, na które Krzychu MUSIAŁ wyjść wyżej niż starszy brat, było tropienie saren i przechodzenie przez rów pełen wody po zwalonym drzewie. Nie wszystko udało mi się uwiecznić, bo chwilami obydwie ręce były mi potrzebne do wspierania dokonań mojej małej menażerii.
     Wróciliśmy niczym zdobywcy, dzierżąc dumnie w dłoniach zasobnik wypełniony uszakami. Czekało na nas płonące ognisko i mocno już rozgrzani panowie. Michaś z Krzychem wygłodnieli podczas spaceru tak, że mogliby pożreć konia z kopytami. Wybór koni do pożarcia był spory, ale oszczędziliśmy je, ograniczając się do kiełbasek i chlebka.
     Przy ognisku odbywały się tez uczone dysputy. I chyba po raz pierwszy widziałam, jak Michaś więcej słuchał niż sam mówił - udało mu się trafić na równego sobie gadułę, mającego w dodatku tysiące historii w zanadrzu.:)
     To był wspaniały dzień, o czym najlepiej świadczą chyba roześmiane buźki Ani i Roberta. Pożegnaliśmy się, umawiając się na spotkanie w okolicy świąt wiosennych. Nasi goście odjechali pierwsi, my chwilkę po nich i...
     ...i nie liczyliśmy na spotkanie wcześniej niż za jakieś cztery tygodnie. Tymczasem, niespełna kilometr od stajni na naszą drogę wkroczył mundurowy z suszarką w ręku i nakazał zjechać do zatoczki. Zjechałam i patrzę, a tam stoi Ania i się uśmiecha. Pokazał mi pan policjant ile to miałam na liczniku, poinformował, że tu można jechać 40/godz (w życiu tam takiego znaku nie widziałam; muszę się przyjrzeć następnym razem). No i wiadomo co dalej - witamy się serdecznie z Anią, Robercik macha z siedzenia pasażera, wołając:"Heloł Dorotka", Pawełek też macha z siedzenia pasażera - ogólnie jest wesoło, panowie policjanci też się śmieją wypisując stosowne dokumenty... No i była okazja do jeszcze jednego pożegnania, bo Ania dostała mandat pierwsza i pojechała, a ja musiałam jeszcze chwilę poczekać. 

     Kiedy i my ruszyliśmy, Pawełek skwitował całe zdarzenie krótko: "Dołożyliśmy się do programu 500+". Do domu wróciliśmy już w ciemnościach. Cały dzień spędzony na powietrzu ululał chłopców w parę sekund po kąpieli, dzięki czemu miałam czas na napisanie tego, co przeczytaliście powyżej.:)

4 komentarze:

  1. Dzielnych masz tych chłopaków :) o mamie nie wspominając :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mają specjalnie wyjścia - muszą mi przecież dorównać, a rywalizacja to podstawa.:)

      Usuń