poniedziałek, 2 stycznia 2017

"Rewelacyjny" początek roku 2017

   
co zrobić, kiedy zatrzasną się drzwi, zepsuty zamek w drzwiach, początek roku
Drugi dzień stycznia 2017 roku na długo pozostanie w mojej pamięci. Gdybym była Michałkiem,  mogłabym stwierdzić, że to "najgorszy dzień mojego życia" albo chociaz jeden z tych najgorszych ;).


     Wyliczankę mogę spokojnie zacząć od nocy. Śpię sobie słodko, z jednej strony ciepełko od Pawełka, z drugiej od Michałka, który nadal od połowy nocy sypia w mamowym łóżku... I nagle jakaś siła wyszarpuje mi jesieczka spod głowy. Zrywam się, patrzę - Michaś z zamkniętymi oczami szarpie moją poduszkę. Oddałam mu jasia, przykryłam większą częścią mojej kołderki i przez najbliższą godzinę usiłowałam przywołać sen. Rano, Michałek, zapytany o swoje bezczelne nocne postępowanie, stwierdził, że chciał mnie obudzić, żebym mu dała kołderkę, bo nie miał... Nie wiem na ile pamiętał czego chciał, a na ile natychmiast wymyślił właściwą, trzymającą się kupy historię, którą zakończył zawiśnięciem na mojej szyi. Obiecałam mu, że jak to się jeszcze raz powtórzy, przegonię go do jego własnego łóżka. Michaś, z uśmiechem odpowiedział tylko:"To ja wrócę! Przecież wiesz."

    To był tylko niewinny wstęp do kolejnych zdarzeń. Pierwszy poranek od blisko dwóch tygodni, kiedy się trzeba było zebrać do szkoły. Obydwaj chłopcy stwierdzili, że już się nie mogą doczekać spotkania z kolegami, ale wychodzenie szło im jakoś niesporo. Wreszcie się udało. Zjeżdżamy windą do garażu. W połowie windowego zjazdu ciszę przerywa ryk: "ZAPOMNIAŁEM!!!" i fontanny łez z Krzysiowych oczu. Album z wizerunkami piłkarzy został w domu. A taki album, ważna rzecz, zwłaszcza, jak są w nim nowe eksponaty spod choinki... Wracamy na górę, biorę album, bez przeszkód dojeżdżamy do szkoły. I tu okazuje się, że zapomnieliśmy szkolnych pantofli. Zazwyczaj stacjonują w szkolnych szafkach, ale w związku z dłuższą przerwą, zabraliśmy je do domu. W szkole jest za chłodno, żeby chodzić cały dzień w skarpetkach i za ciepło, żeby zostać w butach zimowych. Powiedziałam więc chłopcom, ze im przywiozę te pantofle "za chwilę".

    Nie byłam zachwycona koniecznością wożenia się po raz kolejny na trasie dom-szkoła, ale cóż było robić. Pojechałam do domu, porzuciłam otwarty samochód w pozycji dogodnej do ponownego startu, wjechałam windą na górę, wyciągnęłam z szafki szkolne pantofle i nie zdołałam otworzyć drzwi wejściowych. Zostałam uwięziona we własnym domku. Szarpanie drzwi, próby otwierania i zamykania zamka kluczem (komputerowi zazwyczaj reset wystarcza), nie przyniosły żadnego efektu. Pozostało wołanie o pomoc. Pawełek, po usłyszeniu mojego rozpaczliwego "Ratunku!" w telefonie najpierw się przejął. Pewnie myślał, ze auto rozbiła i trzeba zbierać szczątki. Jak powiedziałam o co chodzi, wyraźnie odetchnął z ulgą i zorganizował wyprawę ratunkową. Sytuacja była naprawdę poważna, więc porzucił pracę i wraz z Adim przybyli z odsieczą. Zabrali oczywiście ciężki sprzęt bojowy i po kwadransie udało im się przewiercić dziurę w drzwiach i wymontować zamek. Byłam wolna! Mogłam jechać do szkoły z pantofelkami dla Michałka i Krzysia. 

    Już po odzyskaniu wolności naszły mnie dwie refleksje - po pierwsze zero reakcji za strony któregokolwiek z sąsiadów, kiedy dwóch facetów z wiertarką, łomem i skrzynką narzędziową rozprawiało się z zatrzaśniętymi drzwiami. Sporo hałasu robili, więc zapewne na kilku najbliższych piętrach było dobrze słychać, że coś niecodziennego dzieje się na korytarzu. A druga myśl moja powędrowała w kierunku jakiejś samotnej starowinki, która znalazłaby się na moim miejscu i na przykład nie miałaby telefonu... Mogłaby zostać znaleziona za pół roku... 

    No dobra, dość z przemyśleniami. W sumie nic się takiego strasznego nie stało (poza gustowną dziurką w drzwiach i wymontowanym zamkiem), ale samo zdarzenie na początek roku nie napawa mnie zbytnim optymizmem. Pocieszam się tylko tym, że to pesymista stwierdziłby, że ten rok cały już będzie taki albo jeszcze gorszy, a optymista powiedziałby, że teraz to już może być tylko lepiej.:)

   

8 komentarzy:

  1. Cóż za brak finezji w opisie!
    Po pierwsze, nie pomyślałem, że "łoscepałaś" automobil tylko, że zgasł i nie chce odpalić.

    Po drugie to nie było żadnego łomu! Fe!
    Była delikatność i inżynierskie myślenie.
    Domyślając się co jest przyczyną zamknięcia Dorotki "pod skoblami" dokonaliśmy odpowiednich pomiarów na innych drzwiach.
    Następnie, po "przeniesieniu" wyników na drzwi uszkodzone, zrobiliśmy JEDNĄ, całkiem gustowną dziurkę za pomocą wiertarki akumulatorowej. Potem wystarczyło już tylko śrubokręcikiem odsunąć skoble i uwolnić niewiastę tkwiącą w zamknięciu niczym królewna w baszcie.
    Pogłoski o tym, że kilka pięter słyszało nasze działania należy włożyć między bajki. Wraz z białym koniem na którym "prawie" przyjechałem. W rzeczywistości był to koń mechaniczny.
    Niemniej wszystko się dobrze skończyło. Trochę szkoda, bo gdybyśmy się dłużej guzdrali to mógłbym się wymigać od dentysty. :)

    Paweł zwany Pawełkiem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja byłam przekonana, że zamiast zimnej kalkulacji towarzyszyły Wam jakieś emocje. Ja na ratunek Tobie na pewno wzięłabym łom. Adi w swojej skrzyni na pewno miał.;)

      Usuń
  2. Zawsze jeszcze jest telefon do mnie ja mam liny :) szybki zjazd na linie z dachu i otwieramy zamek bez wiercenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Następnym razem dzwonię do Ciebie! Ten zjazd na linach będzie o wiele bardziej malowniczy od działań tzw. inżynierskich na korytarzu.:)

      Usuń
    2. Tylko wstrzymaj się bo narazie gorączka mnie dopadła... Masakra

      Usuń
    3. To też świetnie zacząłeś rok.;( Zdrowiej szybko!

      Usuń
  3. Ale odjazd! Teraz już WSZYSTKO musi być dobrze. :-)

    OdpowiedzUsuń