poniedziałek, 7 czerwca 2021

W Lesie Bronaczowa kiepściutko

 

    Wydawało mi się, ze skoro już pod Babią całkiem dorodne ceglasie można znaleźć i to w ilościach większych niż trzy sztuki, to w znacznie cieplejszym, podkrakowskim Lesie Bronaczowa, tych ceglasi będzie znacznie więcej, a już na pewno będą większe i dorodniejsze od tych orawskich. Zwłaszcza, że ostatnie dni były znacznie cieplejsze niż ostatni miesiąc. W związku z takimi optymistycznymni przewidywaniami, wzięłam całkiem spory koszyk, pazerniaczy nóż i aparat. Paweł z dziećmi zajęli się szykowaniem kajaka na warsztacie, a ja pojechałam do lasu.

   Zieleń leśna nabrała już letniego wymiaru. Znikła bezpowrotnie wiosenna delikatność odcienia seledynowego, a jej miejsce zajęła ciemna, mocna zieleń dojrzałych liści i wysokiej trawy.
    Przeszukałam cztery wczesne, dobrze nagrzane, ceglasiowe miejscówki i nie znalazłam ani jednego grzybka. Byłam co najmniej zdziwiona, bo przecież powinny tam być - stać w szeregu i czekać z utęsknieniem na swojego znalazcę, czyli na mnie.:) Powinny być i czekać, ale nie były. No i cóż im w związku z tym zrobić? Trzeba było pogodzić się z brutalną rzeczywistością i nie tracąc nadziei, szukać dalej, w innych miejscach.
    Jak na razie to w tych innych miejscach też ceglastoporych nie było, ale na pocieszenie, ze ściółki wystawiło się parę czarcich jaj. To młode owocniki sromotników smrodliwych, jadalne, ale jak dla mnie, niezjadliwe. Nawet traktowane jako lekarstwo w nalewce, nie są w stanie mnie przekonać do siebie.
    Zostały wiec w lesie, żeby móc wyrosnąć i zasmrodzić okolicę.
    Jedno jajo przekroiłam, ponieważ w tym samym miejscu jesienią rosną masowo okratki australijskie i tak sobie pomyślałam, ze może to nie sromotnikowe, tylko okratkowe jajca znalazłam. Przekrój zdecydowanie potwierdził moje pierwsze oznaczenie.
   I wreszcie są! Na dobrze nasłonecznionej, południowej skarpie przydrożnej wyrosły borowiki ceglastopore. Dwa maluszki wygrzewały łebki w słoneczku.
To było chyba już dziesiąte miejsce, w którym powinny być. I wreszcie były.:)
   Następną parkę znalazłam po przejściu kolejnych trzech kilometrów. Te też wybrały sobie na miejsce do życia podobny punkt - skarpę po południowej stronie leśnej drogi.
I to już by było na tyle. Po znalezieniu tej drugiej dwójki przeszłam jeszcze kawał lasu, ale żadnego koszykowego grzybka już nie było. Trafiły się jeszcze tylko czernidłaki, które zapisałam na kartę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz