niedziela, 3 maja 2015

Każdy znalazł swojego smardza

Grzyby, Orawa, smardzowanie
   Wszystko się kiedyś kończy... Nasza majówka też dobiegła kresu i wróciliśmy do brutalnej rzeczywistości. Zanim jednak ruszymy jutro do naszych prac przedszkolno - zerówkowo - warsztatowych, mamy w zanadrzu przeżycia z dnia ostatniego. Zatem ruszamy z "wesołą lokomotywą", napędzaną paluszkowo - cukrowym węglem.

Grzyby, Orawa, smardzowanie
   Pierwsza stacja - Smardzowisko. Zimno jeszcze i mgliście okrutnie, ale z nadzieją na słońce zaczynające rozrywać na strzępy mgielny woal skrywający przed nami grzybowe skarby.
Grzyby, Orawa, smardzowanie
     To już ostatnie majówkowe smardze. Na pożegnanie każdy znalazł swojego grzybka, a niektórzy wyrobili nawet podwójną normę - zamiast jednego wymarzonego, znaleźli aż dwa. To dopiero była radość - dwa razy 100%.:)
Grzyby, Orawa, smardzowanie
     Obok słowackich smardzów znaleźliśmy również inne grzybki, które coraz liczniej wychylają się spod ziemi. Na pobliskiej łączce rosły gromadnie jakoweś polówki, których nie pozyskiwaliśmy.
Grzyby, Orawa, smardzowanie
Grzyby, Orawa, smardzowanie
      Niedaleko, w zaroślach, przycupnęła gromadka ciemnobiałek, nieco sfatygowanych życiem  - na fotkach widać jak wyglądają grzybki po przejściach słoneczno - deszczowych. One tez zostały na miejscu swego wzrostu, gdyż nie zachęcały zbytnio do konsumpcji ani wyglądem, ani zapachem.
Grzyby, Orawa, smardzowanie
     Przy samej drodze usadowiła się kustrzebka, wyglądająca na słabą i kruchą. W rzeczywistości zdołała rozepchnąć bryły twardej ziemi i kamienie, aby zaistnieć na chwilkę w grzybowym świecie.
Grzyby, Orawa, smardzowanie
      Opuściliśmy smardzowisko, żegnając je najprawdpodobniej na dwa tygodnie i po przejechaniu kawałka trasy naszym wiernym Doblowozem, ruszyliśmy do bacówki. Właściwie, to ruszyliśmy częściowo, bo niektórzy wybrali wygodną podróż samochodem, który miał w drodze powrotnej zabrać serkowe zaopatrzenie dla Krakowa i okolicy, więc na bacówce być musiał.
Grzyby, Orawa, smardzowanie
     Pawełek, jako kierownik, został wybrany do prowadzenia koni mechanicznych, a ja z resztą ekipy (drugi samochód został porzucony na granicy cywilizacji), ruszyliśmy piechotą. Najbliższa stacja to było Pniakowo, w którym obowiązkowo należało przejść przegląd techniczny, poprawić humorki, załadować "wągle" i nabrać wody. Słońce wysuszało bowiem okrutnie i Robuś stracił chęć do jakiegokolwiek wysiłku koniecznego do pokonywania przestrzeni.
Grzyby, Orawa, smardzowanie
    Moja młodsza menażeria tylko się uśmiechała, bo zaprawiona w bojach wie, że jak rozkaz został wydany, to trzeba iść. Tym bardziej, kiedy dostało się obfitą dostawę paliwa.
Grzyby, Orawa, smardzowanie
     Wesoła lokomotywa ruszyła z Pniakowa na Marysią Polanę. Niebo błękitne, słoneczko świeci, zero chmurek i nikt nie marudzi. Na uwagę zasługują jeszcze bezlistne drzewa, które nadal czekają na naprawdę ciepłe dni, aby wypuścić pierwsze listeczki.
Grzyby, Orawa, smardzowanie
     Pociąg, ciągnięty przez Krzycha - parowóz, wspomagany częstymi dostawami węgla (w domyśle węglowodanów) oraz dolewkami wody pitnej, parował wyśmienicie i pod górkę zasuwał zadowalającym tempem. "Pufanie" i "ciufanie" przerywane było wybuchami beztroskiego śmiechu.
Grzyby, Orawa, smardzowanie
    Tak dotarliśmy do stacji Bacówkowo Górne, gdzie na parowóz, wagoniki i całą resztę maruderów czekał zastawiony stół, z którego skwapliwie skorzystaliśmy. Dla Izeczki dzisiejsza żętyca była pierwszą w tym roku, więc jej smakowała wyjątkowo i skopek szybko pokazał swoje denko. My już wcześniej odwiedziliśmy bacówkę i mieliśmy okazję spróbować różnych specjałów.
Grzyby, Orawa, smardzowanie
    "Na zapleczu" czekało na nas całe zamówienie oscypkowe, jakie złożyliśmy w pierwszym dniu kwietniowej jeszcze majówki.
Grzyby, Orawa, smardzowanie
    Zjedliśmy i wypiliśmy, co było nam dane, zapłaciliśmy, za to, co dla nas było przygotowane i parowóz (świeżo podlany żętyczką i węglem oscypkowym napalony) ruszył do stacji Doblowozownia. Na miejscu nazwa została zmieniona na jedynie słuszną w tych okolicznościach - Oscpkownię.

     Pociąg dał radę, a my przecież nie mogliśmy być gorsi - też daliśmy. Radę oczywiście. I wróciliśmy do Krakowa bez korków, co wyczynem jest nie lada, gdy wracają tysiące, a nawet parę osób więcej.

    Majówki koniec, ale nie koniec majówkowych przeżyć i na pewno nie koniec smardzów.:)

2 komentarze:

  1. Dorotka. Nie byliście na zlocie?

    OdpowiedzUsuń
  2. Jolu, na spotkaniu w Slanej nie byliśmy.

    OdpowiedzUsuń