środa, 7 września 2016

Co to jest aborcja???

     Sobotni, słoneczny poranek. Jedziemy całą czwórką do naszych koni, w samochodzie panuje cisza - chłopcy dosypiają jeszcze... Dojeżdżamy do Ronda Grunwaldzkiego, myślę sobie, co po kolei będę robić z każdym koniem... Taki plan działania układam znaczy się. I te moje rozmyślania zostają rozdarte znienacka słodkim głosikiem Michałka zadającego pytanie:"Mama! Co to jest aborcja?" Pawełek mruknął: "Na plakacie przeczytał, tam by" - i ponownie zapadł w drzemkę. No tak - tego plakatu nie zauważyłam, bo patrzyłam na drogę, ale widziałam je wcześniej... Michaś skorzystał z nabytej umiejętności czytania. Wszystko jasne. Zanim zdążyłam zebrać myśli, padło znacznie bardziej natarczywie powtórzone pytanie: "No co to jest ta aborcja???"
   
     Michałek nie jest dzieckiem, które zadowoli się krótką. lakoniczną odpowiedzią, więc wiedziałam, że zanosi się na dłuższe drążenie tematu. Szczerze? Nie miałam najmniejszej ochoty na taką dyskusję z siedmiolatkiem. Najmniejszej. Ale przyzwyczaiłam dzieci, że ZAWSZE odpowiadam na ich pytania, choćby były najtrudniejsze. Moja wina. A tak prosto byłoby powiedzieć:"dowiesz się jak będziesz starszy" albo "pani w szkole ci wyjaśni". Jak byłam dzieckiem, takie odpowiedzi słyszałam za każdym razem, kiedy pytałam o coś, na co odpowiedź nie była łatwą sprawą.

    Zaczęłam od prostego zdefiniowania, że jest to usunięcie płodu z brzucha mamy, która nie chce lub nie może urodzić dziecka. (Michaś i Krzyś wiedzą skąd się biorą dzieci i jak rozwija się dziecko w macicy; to wyjaśnialiśmy sobie już dawno, dawno temu). Na dalsze tory rozmowę popchnęło kolejne pytanie - dlaczego jakaś mama nie chce urodzić dziecka albo czemu nie może. Do dyskusji włączył się Pawełek i zaczęliśmy obydwoje podawać przykłady różnych chorób, wad genetycznych, które mogą być powodem aborcji. Powiedziałam też, że może być sytuacja, kiedy mama nie ma pieniędzy na wychowywanie dziecka, a w myślach dodałam:"Albo wie, że jak dziecko podrośnie, to ją będzie gnębiło takimi pytaniami jak twoje Michałku".;) 

    Te wywody przerwało kolejne pytanie:"Ale dlaczego aborcja zabija?" Na wspomnianym plakacie widnieje takie właśnie hasło:"Aborcja zabija" wypisane na tle z krwawych szczątków. Zabija, bo taki płód nie może żyć poza brzuchem mamy i jak się go wyjmie, to umiera, jest martwy, zabity - wyjaśniałam spokojnie dalej. To w jaki sposób jest zabijany? - kontynuował Michałek. Krzyś się nie odzywał ani słowem, ale widziałam w lusterku, że ma uszy szeroko otwarte i chłonie każde słowo. W jaki sposób... Odpowiedziałam, że odłącza się go od pępowiny, więc nie dostaje tlenu i substancji odżywczych. Dojeżdżaliśmy. Chłopcy jechali do stajni po raz pierwszy od powrotu z lipnickich wakacji, więc zaczęli się rozglądać i porównywać rzeczywistość z tym, co pamiętają. Temat aborcji zawisł w próżni.

    Nie myślcie jednak, że to był koniec. O nie. Michaś nigdy tak szybko nie kończy - musi przetrawić pozyskane informacje i wraca do tematu mając oczywiście kolejne pytania. W tym momencie zajął się czymś innym, ale o rozmowie nie zapomniał. 

    Sobotni wieczór, chłopcy pomyci i wpakowani do łóżek, Krzyś zaczyna pochrapywać. Michaś jak zwykle myśli. Mama! To jak już ta aborcja odłączy dziecko od pępowiny w mamowym brzuchu, to trzeba je wyjąć, tak? Aborcja wróciła... Dobrze, że Krzyś już spał, bo przyswojenie dalszej rozmowy w jego przypadku skończyłoby się pewnie nocnymi koszmarami. Doszliśmy do szczegółów technicznych. Wyjaśniałam więc Michałkowi, że tak, wyjmuje się ten płód z brzucha mamy za pomocą specjalnych narzędzi, tą samą drogą, którą dziecko się rodzi. Nie odpowiedziałam Michałkowi dokładnie jak te narzędzia wyglądają (a bardzo był ciekaw), bo stwierdziłam, że to jest na ten moment zbędna informacja, natomiast rozwinąć musiałam temat bólu - czy to boli ten płód? Czy boli mamę? Na pewno boli. Myślę, że nawet bardzo. Najwyższa pora już była, żeby Michałek wreszcie zasnął, więc powiedziałam: "Ostatnie pytanie dziecko i do spania wreszcie!" I padło ostatnie pytanie:"A ty miałaś mamo taką aborcję? Bo mówiłaś, że już nie będziesz mieć w brzuchu żadnego dziecka." Odpowiedziałam i na to pytanie - nie, nie miałam, a w zupełności wystarczy mi dwójka dzieci. Miałam jeszcze dodać, że są inne niż aborcja sposoby na to, żeby "w brzuchu nie mieć więcej dzieci", ale w porę ugryzłam się w język, dzięki czemu nie musiałam rozwijać tematu antykoncepcji.

    Temat jeszcze na pewno powróci po kolejnych przemyśleniach Michałkowych. Ale ja mam też swoje. Plakaty antyaborcyjne widziałam wcześniej niż jeden z nich został zauważony przez Michała. Przechodziłam obok nich obojętnie, stwierdzając, ze banda oszołomów wydaje kasę na to, co nie przyniesie nikomu pożytku. Ale po rozmowie z moim dzieckiem na temat aborcji jestem zdecydowanie przeciw umieszczaniu takich treści w przestrzeni publicznej. Uważam, że temat aborcji jest na tyle złożony i trudny, że dyskutowanie go z siedmiolatkiem jest co najmniej na wyrost. Nie miałam jednak wyjścia. Może to dobrze, że Michaś (a przy okazji również Krzyś) wiedzą, co to jest aborcja, a może nie. W każdym razie ktoś, kto zezwolił na umieszczenie w mieście tych plakatów, niejako podjął za mnie decyzję kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach będę wyjaśniać moim dzieciom jedno z trudnych pojęć. A ja sobie tego nie życzę.

4 komentarze:

  1. U nas ten temat też ostatnio na tapecie - z zupełnie innych względów. Na szczęście billboard nas szczęśliwie ominął. Ale jestem równie zbulwersowana - z opowieści kilku znajomych mam wynika, że reakcje dzieci są różne, nigdy jednak nie wynika z nich nic pozytywnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło wiedzieć, że nie jestem odosobniona.:)

      Usuń
  2. Bardzo mądra z Ciebie dziewczyna, Dorotko.

    OdpowiedzUsuń