poniedziałek, 16 marca 2015

Mam 6 lat

 
    Stało się - Michałek ma już calutkie sześć lat. Dla dorosłego człowieka to raptem cząsteczka całości, dla niego - całe życie.
    Michaś, z sześcioletnią powagą, rozdał koleżankom i kolegom zaproszenia na swoją "urodzinę" (tak do niedawna moi chłopcy nazywali urodzinowe imprezy), a następnie ugościł wszystkich na matach, gdzie trenowali judo i przed komputerami, aby i umysł był ćwiczony w trakcie budowania prostych robotów.
    Centralnym punktem programu był oczywiście tort, na którym najważniejsze miejsce zajęła kolejka linowa - jedna z ostatnich fascynacji mojego syna (alternatywą była winda, ale stwierdziłam, że kolejka linowa będzie się zdecydowanie lepiej komponowała na torcie). Mina pani przyjmującej zamówienie - bezcenna.

    Po precyzyjnym zdmuchnięciu świeczek, Michałek wstał i poinformował gości o swoim urodzinowym marzeniu - "ŻEBY NIE BYŁO KOŃCA ŚWIATA". Po raz kolejny moje dziecko mnie zaskoczyło. Takiego marzenia się nie spodziewałam i na pewno zapamiętam je do końca życia.
    Takie dni jak urodziny dziecka, MOJEGO DZIECKA, są impulsem przywołującym wspomnienia z poprzednich urodzin. Rok temu goście szaleli w basenie:

   A tort był ozdobiony motywem wiatraka - pasji Michałkowej, która trwała najdłużej i nie wygasła, ale na razie pozostaje w czasowym uśpieniu.
    Z piątych urodzin najlepiej zapamiętałam chwile już po imprezie, kiedy wróciliśmy do domu, a dzieci, opanowane szaleństwem prezentowym, nie wiedziały czym się bawić. I kadr zatrzymany i zapisany na zawsze w mózgu - Michałek siedzi na łóżku wśród kilkudziesięciu rozpakowanych prezentów i rozpaczliwie płacze, bo wśród upominków nie było czarnych kartek i białej kredki, które umożliwiłyby narysowanie wiatraków w nocy. Wymarzony prezent trafił do rąk pięcioletniego rysownika wiatraków następnego dnia - przyniosła go ciocia Bena, z którą zostało to wcześniej uzgodnione. My o tym wiedzieliśmy, Michałek nie.
   Czwarte urodziny były ostatnimi z cyklu domowych. Wtedy wystarczało jeszcze towarzystwo najbliższych i jeden prezent. Tort z kręcącymi się wiatraczkami w Michałkowym ulubionym seledynowym kolorze, był hitem przez najbliższy miesiąc.
   Towarzyszami czcigodnego jubilata byli brat i kuzynka Natalka. Z "tej urodziny" pamiętam najbardziej sprzątanie mieszkania umaćkanego tortem, tudzież innymi słodyczami, których był dostatek. Wtedy powiedziałam: "Nigdy więcej w domu", a słowo moje czynem się stało w latach kolejnych. 
    Urodziny trzecie były jeszcze skromniejsze - Michałkowi towarzyszył tylko brat, który wydajnie pomagał w destrukcji pięknego wiosennego tortu. 
      Z bratem zawsze lepiej - można się razem pobawić, przemodelować tort albo dać w beretkę. Towarzystwo drugiego dziecka - bezcenne.
         Rok wcześniej Michałkowi dane było po raz pierwszy świętować w towarzystwie Krzycha. Wtedy jednak najważniejszą postacią była "ZIABA".

       "ZIABY" nikt nie zapraszał, ale trafiła na imprezę razem z tortem. Miała chyba stwierdzone ADHD, bo nie usiedziała ani sekundy w jednym miejscu - była wielokrotnie na ścianach, podłodze, stole, torcie (swoim domku) i na wszystkich możliwych elementach wystroju wnętrz. Skakała jak szalona ku uciesze gawiedzi Michałko - Krzysiowej i rozpaczy ich rodzicielki, która obiecała sobie, że w tym dniu zezwoli na takie ekscesy. Po mieszkaniowej peregrynacji w czasie imprezy ZIABA wyglądała dość kiepsko, co widać na załączonym obrazku. Imprezy nie przeżyła - zakończyła swój ziabowy żywot w paszczach słodyczowych łakomczuchów. 
     Rok wcześniej - 16 marca 2010. Wiedziałam już, że Michaś będzie miał rodzeństwo. On nie miał o tym pojęcia i świętował swoje pierwsze urodziny jako jedynak. 
     Tata skutecznie pomagał w opanowaniu wielkiego pragnienia spotkania z fascynującym i gorącym ogniem. O groźnych właściwościach pięknego płomyczka Michałek nie wiedział i w pierwszym roku życia się nie dowiedział. Rok. Rok od pamiętnej nocy, rok życia, przytulania, całowania, przewijania, kąpania, znowu przytulania, wstawania, chodzenia, przewracania, znowu przytulania, rok SZCZĘŚCIA i przytulanio-całowania. Minęło bezpowrotnie.
   Na zakończenie - Michałek 0 + kilka dni:
    Tak było i "se ne wrati". Ale wiele jeszcze dni przed nami,zanim Michałek dostanie papier potwierdzający jego dorosłość.

6 komentarzy:

  1. No wreszcie jest blog! Będę zaglądać :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Izeczka, lepiej późno niż wcale.:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Urósł całkiem. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak całkiem to jeszcze nie. Myślę, że będzie kiedyś większy.:)

      Usuń
  4. oj... i po co wspominać... tylko widać czas :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba wspominać dopóki się pamięta; później wujek Alzheimer może wspomnienia zawłaszczyć.;)

      A poza tym i tak starzeją się tylko dzieci, my wciąż jesteśmy piękni i młodzi.:)

      Usuń