wtorek, 26 kwietnia 2016

Bacówka zaprasza mimo śnieżnej wiosny!

     W czasie każdego grzybobrania trzeba coś dobrego przekąsić. Kiedy w niedzielę ruszaliśmy przez deszcze i śniegi po słowackie smardze, wiedzieliśmy, że nasza lipnicka bacówka już działa i na posiłek żętycowo - serkowy pojedziemy właśnie tam. Chłopcy wspominali jak to było po raz pierwszy w ubiegłym roku (dobrą maja pamięć:)) i cieszyli się na myśl o doskonałym jedzonku i zabawie przed bacówką. Jakoś nie wyobrażali sobie, ze w niemal zimowych warunkach nie wszystko będzie możliwe...
     Nie zdecydowaliśmy się na jazdę samochodem pod samo wejście do bacówki, bo ostatni odcinek drogi biegnie przez las i łąkę. Wszystko rozmokło, zrobiło się ślisko i nie byliśmy pewni czy nasz dzielny Doblowóz poradzi sobie z pokonaniem traperskiej ścieżki - jest bowiem doskonałą terenówką na suchym podłożu, ale już na grząskiej łące tak dobrze sobie nie zawsze radzi. Chcąc zatem uniknąć wypychania naszego wozidła z bagienka, ewentualnie zmiany koła rozwalonego na korzeniu (raz mi się tak na tamtej drodze przytrafiło), poszliśmy te kilkaset metrów na piechotę, porzucając samochód przy względnie równej szutrówce.
     Aura nas nie oszczędzała w dalszym ciągu... Nie litowała się równiez nad bacówkowymi zwierzaczkami, które musiały znosić porywy wiatru niosącego całe tumany białego, mokrego śniegu. A życie bacówkowe toczy się bez względu na pogodę - urodziły się jagniątka, które wraz z matkami przebywają w małej zagrodzie blisko bacówki; kolejne owcze mamy czekają na narodziny swoich dzieci.
     Bacówkowe konie, które cały sezon wiosenno - letnio - jesienny spędzają na pastwisku, podkuliły ogony i ustawiały się zadami do wiatru.
     Przebiliśmy się przez śnieżną zawieję i schroniliśmy się pod dachem. Pawełek i Krzyś rzucili się łapczywie na pierwszą tegoroczną żętycę, o której marzyli od kilku dni. Jak się napoili, wyciągnęli ręce po małe oscypki, które szybko znikały w paszczach. Patrzyłam ile serków biorą, żeby doliczyć się za ile należy zapłacić. Pierwsze łapnęli jak leci - leżące na brzegu, kolejne wybierali już starannie, patrząc na wielkość i konsystencję. Wymieniali przy tym fachowe uwagi odnośnie smaku i jakości poszczególnych oscypków, które brali do rąk.
     Z kolejnymi serkami usiedli przy bacówkowym ognisku, żeby się nieco ogrzać i podsuszyć namoknięte kurtki (to był już drugi zestaw ubrań).
      Na belkach pod dachem bacówki wędzą się całe zastępy oscypków. Teraz jest jedyna okazja ku temu, żeby zjeść oscypka czy bundz zrobione niemal w 100% z owczego mleka. Krówek jeszcze na bacówce nie ma, więc serki są robione z mleka owczego. Produkcja w związku z tym jest znacznie mniejsza niż późniejszą wiosną, latem i jesienią.
     Przez drzwi bacówki patrzyliśmy na stolik, przy którym spędzamy czas, kiedy pogoda jest bardziej przyjazna biesiadowaniu pod chmurką. Wypatrywaliśmy również znajomych smardzowników, z którymi umówiliśmy się na spotkanie w bacówce.
     Znajomi dotarli. Porozmawiać się za bardzo nie dało, bo trójka chłopców gotowa była roznieść bacówkę - trzeba się było ewakuować, bo podskakujący Michaś, Krzyś i Antoś wprawili w niebezpieczne drgania lichutkie ściany bacówkowe.
     Z oscypkowymi i bundzowymi zapasami szybko doszliśmy do porzuconych samochodów. Ponieważ dzieci mówiły, że im zimno, odłożyliśmy rozmowy do następnego spotkania (majówka już tuż - tuż), obejrzeliśmy swoje zbiory i pojechaliśmy, każdy w swoją stronę.

4 komentarze:

  1. Niezłomni :) ale to dobrze trzeba być twardym a nie miękkim :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. O tak! To jest zdecydowanie niższy stopień "miętkości", co świadczy o zdecydowanie większej twardości.:) Ponadto tekst już kultowy...

      Usuń