poniedziałek, 5 października 2020

Sobotnie szaleństwo pazerniacze

      Kiedy tylko zakończyłam w środę suszenie ostatnich grzybów pozyskanych w poprzedni weekend, zaczęłam się szykować na powtórkę z rozrywki. Pod Babia cały tydzień padało i było niezbyt ciepło. Gospodarze donosili uprzejmie, że grzyby cały czas rosną, ale miejsce prawdziwków zajmują rydze i opieńki. W piątkowe popołudnie z nieba zniknęły deszczowe chmury i zaświeciło słońce. Aż trudno było uwierzyć, że po czterech i pół dnia prawie nieustających opadów, szykuje się taka przyjemna pogoda na weekend. Przecież zazwyczaj to było zupełnie na odwrót - od poniedziałku do piątku piękne słoneczko, a na sobotę i niedzielę deszcz, zimnica i zawierucha. Tym razem aura robiła wszystko, żeby zachęcić do wyjazdu. Ma to również minusy - wyjazd z Krakowa zajął nam sporo czasu, bo na drodze zrobiło się tłoczno. Gdyby pogoda była mniej przyjazna, jechałoby się sprawniej, bo większość z innych wyjeżdżających zostałaby w domowych pieleszach. Było już całkiem ciemno, kiedy dotarliśmy do Lipnicy., więc tylko zjedliśmy szybką kolacyjkę z grilla i poszliśmy grzecznie spać, żeby w sobotę ruszyć na łowy zaraz jak się tylko rozwidni.

     Sobota wstała słoneczna i cieplutka. Powiewał halny, drzewa szumiały, a my atakowaliśmy las, w którym tydzień temu spełniły się nasze pazerniacze sny. Mimo, że chłopcy marudzili, że strasznie wcześnie musimy iść na grzyby, to było sporo takich, dla których wcale tak wcześnie nie byli i już od dłuższego czasu buszowali po lesie. My też nie zwlekaliśmy - wzięliśmy koszyki i ruszyliśmy w kierunku czekających na nas grzybów.
    Zanim dotarliśmy do lasu właściwego, zaatakowały nas czerwienią muchomory rosnące dosłownie wszędzie - w zagajniczkach, przy drogach, na obrzeżu lasów, a nawet na łąkach. Zdecydowanie to właśnie one teraz rządzą na orawskiej ziemi.
    Na szybko uwieczniłam parę z nich i nie zatrzymując się na dłużej maszerowałam za chłopakami, którzy zostawili mnie z tyłu - nawet jak się szybko zdjęcia robi, to i tak trochę czasu się na to wytraca i  w efekcie zostaje się w tyle.
     Na szczęście moich grzybów nie zbierali i chociaż byłam na końcu, to na mnie te moje kaniusie zaczekały. W tym roku to dopiero druga porcja kotletów łąkowych, jak wpadła w moje łapy, ale mam nadzieję, że będzie ich więcej. Na razie wszystkie zostały pożarte na bieżąco, a przecież trzeba jeszcze choć parę słoiczków panierowanych kaniutek zrobić.
     Doszliśmy do lasu. Chłopcy już buszowali pomiędzy pierwszymi drzewami, kiedy ja dotarłam i napotkałam na starcie tego przystojniaka. Zapaliła mi się lampka ostrzegawcza, bo często tak bywa, ze jak las na starcie daje coś pięknego, to tak jakby mówił: "Bierz i spadaj, bo dalej nic nie ma!" Wzięłam prawdzikusa i wcale sobie nie poszłam precz, tylko ruszyłam w głąb. Na szczęście tym razem reguła przytoczona powyżej nie sprawdziła się i w czeluściach leśnych czekały na nas kolejne pięknoty.
    Szlachetniaki nie rosły gromadnie, ale co kawałek jakiś się trafiał. Nie były to maluchy, ale już takie dobrze wyrośnięte średniaki. Wszystkie były zdrowe. Dużo natomiast rosło mleczajów jodłowych. I nie trzeba się było za nimi specjalnie nachodzić, bo jak się już weszło w gniazdo, to można było naciąć kilkadziesiąt sztuk. Jak trafiłam na pierwszą grupę, to wołałam Pawełka, żeby pomógł kosić. Popatrzcie zresztą sami jak one sobie pięknie i masowo rosły.:)
     W szybkim tempie dwa kosze były pełne. Trzeba było opracować rozwiązanie logistyczne na dalsze działania. Zabrałam pełne koszyki i z Michałkiem poszliśmy je odnieść do samochodu. Krzychu z Pawełkiem mieli do dyspozycji mały koszyczek, po napełnieniu którego mieli pod lasem zaczekać aż wrócimy z nowymi, pustymi koszykami.

     Tymczasem ja z Michałem nie mogliśmy wyjść z lasu, żeby donieść dotychczasowe zbiory do auta, bo z każdej strony atakowały nas kolejne sztuki. Ciężko się z tym wszystkim było zabrać, ale doszliśmy jakoś do samochodu, część grzybów włożyliśmy do koszyka, któremu tydzień wcześniej pękł pałąk, zabraliśmy puste koszyki oraz dwie siatki (papierową i płócienną) i pognaliśmy z powrotem do lasu.

      Pawełek stwierdził, ze musieliśmy chyba biec, bo tak szybko wróciliśmy, że oni z Krzychem nie zdążyli jeszcze napełnić tego małego koszyczka. A my z Miśkiem wcale nie biegaliśmy, tylko przemieszczaliśmy się energicznie. W podobnym tempie ruszyliśmy do kolejnego lasu.
      A tam czekały seki, jeśli nie tysiące, tych biednych grzybów, których nie zdołałam zabrać z sobą tydzień temu. Stało się z nimi, to, co przewidywałam - cierpiały zjadane przez robaki, smagane wiatrem, pleśniejące i namakające od całotygodniowych opadów. Po raz kolejny rozczuliłam się nad ich losem i nad sobą, że nie mogłam im wszystkim dać schronienia na mojej cieplutkiej suszarce i w szczelnie zamkniętym słoju. Czemu one nie rosły po trochu przez całe wakacje, kiedy byłam tu na co dzień  i miałam szanse na przygarnięcie ich wszystkich??? A teraz na zmarnowanie w lesie biedaki są skazane...;)
     Co krok na taki widok się trafiało, więc nie dziwcie się mojemu rozżaleniu nad ich brakiem w lecie i marnacją totalną obecnie.
     Na szczęście nie brakowało też młodszych sztuk, którymi szybko zapełniliśmy koszyki siatki. Trzeba było wracać do samochodu, bo już nie było do czego wkładać kolejnych znalezisk. I znowu żal było tyle dobra w lesie zostawić. Powiedziałam Pawełkowi, że jakbym tak miała przyczepkę, to bym sobie chodziła tak cały dzień i co bym koszyk napełniła, to wsypywałabym urobek do przyczepki. Tak by mi dobrze było! Cały dzień kosić i zaspokajać nałóg.... Pawełek szybko sprowadził mnie na ziemię pytając, kiedy bym to wszystko obrobiła. No w sumie, to jeszcze noc na obróbkę by była, a od rana nowy pozysk.:)
     Wśród ceglasi trafiły się dwie sztuki odmiany żonkilowej. Jest to jeden z wariantów borowika ceglastoporego. Sporo się różni od typowego poćca. Jest zdecydowanie rzadziej spotykany. Różnice między "zwykłym" ceglasiem, a odmianą żonkilową widać na poniższych zdjęciach.
     Z rzadko spotykanych gatunków trafiła się jeszcze jedna jedyna piestrzenica infułowata.
     Z ciężkimi zbiorami trzeba było dojść do samochodu, a do pokonania był spory kawałek trasy. Michałek i Krzyś nieśli małe koszyki, a Pawełek porwał najcięższy kosz i siatkę. Porwał i nie chciał oddać, twierdząc, że lepiej mu się idzie z obciążeniem na dwie ręce. Mnie została do niesienia tylko płócienna siatka, wiec szło mi się lajtowo do momentu, w którym na poboczu drogi wypatrzyłam szlachetniaka. Wtedy okazało się, że nie mam go czym obrobić, bo mój nożyk się gdzieś stracił. Szybko przeanalizowałam kolejność zdarzeń i wyszło mi z wyliczeń, że musiałam go porzucić gdzieś w trawie przy rozdzielaniu koszyków do niesienia. Zawyłam boleśnie i zawróciłam, mówiąc chłopakom, ze ich dogonię.
     Jeszcze im fotkę strzeliłam jak się oddalali.:) Nożyk był w miejscu, które trafnie wytypowałam. Odetchnęłam z ulgą, bo taka strata nie była wliczona w największe nawet pazerniactwo. Zabrałam nóż i pognałam za chłopakami.
    Dogoniłam Pawełka jak odpoczywał podczas pokonywania wzniesienia. Chciałam mu odebrać moje grzyby, ale bronił ich niesienia tak zaciekle, ze odpuściłam. Dotarliśmy do bacówki, najedliśmy się serów i napoiliśmy się żętycą. Ciężko się później szło do samochodu.
    Bagażnik Doblowoza został założony koszykami pełnymi grzybów. Wróciliśmy na lipnickie podwórko i do wieczora nie było miejsca na nudę ani na nic innego niż grzyby i obróbka.:)



13 komentarzy:

  1. Noooo pięknie. U mnie to bidnie jeszcze jest. Pozdrowienia dla całej ekipy MM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U Ciebie pięknie będzie w listopadzie.:) Pozdrowienia dla całej Rodzinki.:)

      Usuń
  2. Fajne zbiory. Masz od lasu dary których nie miałaś wcześniej. Gratuluję i serdeczne pozdrowienia dla wszystkich. A u mnie atak RZS, silny no i ręka w dalszym ciągu dokucza. Minęło dwa miesiące i ciągle boli .Powodzenia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesień niestety nasila wszystkie bóle. Mnie też łupie po kolanach równo chwilami, ale jak idę do lasu, to zapominam, ze mnie coś boli. Trzymaj się Ewciu, a dary lasu same do Ciebie przyjadą.:)

      Usuń
  3. Przyczepka to nie głupi pomysł ;)
    A jak się zagospodarowuje większe ilości rydza, poza marynowaniem małych i smażeniu na bieżące spożycie dużych?
    Bo tak jak z kaniami, można zjeść tylko pewną, skończoną ilość kotletów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Duże rydze można spokojnie kisić albo zblanszować lub podsmażyć i zamrozić. Można też zrobić je do słoików po cygańsku - pokrojone w paseczki, uduszone z cebulą i przecierem pomidorowym. Ja za rydzami nie przepadam i rozdaję na bieżąco. Mam przyjemność ze zbierania.:)

      Usuń
    2. seBa kanie możesz usmażyć i złożyć w zalewie octowej,nieostrej,słodkiej .Muałam przyjemność jesc takie,super smaczne

      Usuń
  4. A u nas na razie przerwa. Muchomorów czerwonych w bród lecz zimne noce zatrzymały wyrastanie podgrzybków. Zaczęły się pokazywać zielonki i rydze. Niewiele, ale zawsze coś. Za to na tym blogu można nacieszyć oczy! Obróbki nie zazdraszczam... Pozdrawiam- Ewa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obróbka jest straszna, zwłaszcza jak nogi same by poniosły po kolejną porcję. U nas noce są wyjątkowo ciepłe. Wydawało się, że po przymrozkach w połowie września będzie już tylko gorzej, a tu wróciły całkiem ciepłe noce. Oby i u Ciebie grzyby jeszcze zdecydowały się na wyjście w większej ilości, żebyś oczy w realu nacieszyła.:) Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  5. W niedzielę był wypad do lasu bladem świtem. Niestety podgrzybki stare i mało, czasem z pleśnią, ale o dziwo nie zaczerwione. Prawych brak, no dwie sztuki. Za to czubajki oszalały; zebranych 65 sztuk. Pisze zebranych, bo sporo zostało w lesie, z powodu podeszłego wieku :))) Z lenistwa opracowałam nowy sposób smażenia kani: wrzucam na masełko bez panierki, jak się usmażą posypuje bułką tartą, chwilę przesmażam i... mniam, mniam. Pozdrawiam, Inka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciesz się czubajkami! U mnie na razie tylko pojedyncze sztuki. Na większą ilość muszę poczekać. A jak już będę ich mieć dużo, wykorzystam Twój sposób na ich szybsze smażenie. Pozdrawiam grzybowo!

      Usuń
  6. W miniona niedzielę byłam i ja w Niemojewskim lesie(ok. Warki) , lipa Dorotko. Myśleliśmy z mężem , ze po takich ulewach coś pozyskamy. Może w tą niedzielę będzie lepsza aura.Gratuluję pięknego pozysku.Pracy przy takim a i owszem- mnóstwo . Na pocieszenie - będzie pysznie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z całego serca Elu życzę Ci mnóstwa roboty po niedzielnym powrocie z lasu. Warunki do wzrostu mają grzyby doskonałe. Oby je wykorzystały! Ja też się szykuję na weekendowe zbiory.:) Pozdrawiam grzybowo!

      Usuń