czwartek, 29 października 2020

Orawska niedziela


    Po sobotnim spacerku, wieczornym grillu i nocnym wydłużeniu doby, niedzielny poranek wstał tak zamglony, że na parę metrów nic nie było widać. Zupełnie jakby się chmury z nieba urwały i rozsiadły na ziemi, a w czasie tegoż siadania wycisnęły z siebie sporo wilgotności. Ze względu na zmianę czasu na zimowy pobudziliśmy się wcześnie, ale jak chłopaki wyjrzały przez okno, to z powrotem do łóżek się wpakowali i odmówili jakiejkolwiek współpracy. Coraz częściej im się nie chce tyłków ruszać na spacer i szukają pretekstów pod postacią niewłaściwej pogody. Ani trochę mi się to nie podoba, ale nie zamierzam ani nadmiernie ich namawiać do działania, ani tym bardziej kisić się z nimi, bo na polu mgła. Wydałam im posiłek poranny, wzięłam koszyk, ubrałam gumowce i ruszyłam do granicznego lasu.

wtorek, 27 października 2020

Druga fala epidemii strachu i tresury społeczeństwa


    Eksperyment rozpoczęty wiosną trwa w najlepsze. Po chwilowym popuszczeniu smyczy mającym na celu ponowną elekcję tego samego nierządu, przyszła druga fala, na której buja się w najlepsze totalna arogancja władzy mającej naród w głębokim poważaniu i wmawiającej temu narodowi, że robi to dla jego dobra. Na seniorów tupnęli nogą, kazali siedzieć w budzie i najlepiej z niej się wcale nie wychylać, nawet w godzinach specjalnie dla nich wprowadzonych. Dzieciaki uziemili i tylko tym, z których jeszcze da się coś złupić na rzecz zakładu utylizacji społecznej i nierządu, wolno jeszcze trochę dychać. Ale tylko do czasu, bo trzeba przecież zatrzymać protesty, więc za chwilę ogłoszą, że wszyscy mamy w budzie siedzieć i nie ujadać. Oczywiście w imię naszego dobra. Dorośli jakoś sobie radzą, ale dzieciaki to mają totalnie przerąbane, a ich psychika jest już tak przeorana przez koronę, że pewnie zostanie tam na zawsze. Prosta sytuacja z soboty - jesteśmy w lesie "Pod Małpą". Co prawda małpy już dawno nie ma, bo padła łupem przemijania, ale jej miejsce zajęli potomni. I jest ich aż trzech - Mario, Misiaczek i zielony żabo-królik. Rok temu chłopaki moje by się ucieszyły, ze las ma nowych mieszkańców, pooglądaliby maskotki i poszli dalej. Ale rok korony zmienił wszystko, więc od razu stwierdzili, że zorganizowaliśmy nielegalne zgromadzenie. Łamanie obostrzeń weszło nam w krew, a chłopaków to bardzo cieszy, więc i to zgromadzenie na nielegalu ich uradowało, a Michałek natychmiast stwierdził, że oprócz tego, że się zebraliśmy w szóstkę, to jeszcze nie mamy mord zasłoniętych.

poniedziałek, 26 października 2020

Ostatni raz przed zimowym czasem


     To ostatni weekend w całości spędzony przez Menażerię pod Babią, którą teraz pożegnaliśmy co najmniej na dwa tygodnie. Ale zanim to pożegnanie nastąpiło, spenetrowaliśmy parę orawskich lasów. W sobotę miało być deszczowo, ale poranek wstał całkiem suchy i cieplutki jak na koniec października i górski klimat. Pawełek pojechał do bacówki, żeby zdemontować instalację solarną, która w kwietniu założył, żeby bacówkowym żyło się łatwiej. Ponieważ nie chciał być ograniczony czasem związanym ze  zbieractwem leśnym, to pojechał sobie sam, a ja z Miśkiem i Krzyśkiem ruszyliśmy w nieco inną stronę, żeby napełnić koszyki.

środa, 21 października 2020

Najpiękniejszy borowik 2020

     Po sobotnich opadach deszczu i śniegu niedzielny poranek, kiedy nic z nieba nie wyciekało, był jak spełnienie marzeń o cudownym dniu. Nic to, że zimno było jak diabli, a pod nogami chlupotało wszędzie, bo ziemia już tak się opiła jesiennymi deszczami, ze nic więcej nie przejmuje. Nawet chłopaki ochoczo wstali i zaraz po opuszczeniu łóżek gotowi byli do działania. Podjechaliśmy w okolice bacówki i zaczęliśmy poszukiwania. Nikt się nie spodziewał, że tego dnia wpadną w nasze łapy najpiękniejsze tegoroczne borowiki. Właściwie to nieśmiało tylko liczyliśmy na to, że znajdziemy jakiekolwiek.

poniedziałek, 19 października 2020

Czy to już jest koniec?


     Prawda, że deszczowe, jesienne dni są co najmniej dwukrotnie dłuższe niż dni słoneczne? Nawet mnie, zawsze mającej czasu za mało i ścigającej się z nim, żeby wszędzie zdążyć, ubiegły tydzień się dłużył niemiłosiernie, bo deszcz jesienny wydzwaniał swoją muzykę od rana do wieczora i od wieczora do rana. Właściwie to przez te chmurne ciemności poranki zatarły się z wieczorami, a dzienna jasność z nocną ciemnością. W Krakowie bez ustanku padał deszcz, a w Lipnicy pod Babią do deszczu dołączył śnieg, a później już samodzielnie sypał. Gospodarze z naszej miejscówki uprzejmie donosili co się dzieje i jak zbierają rydze i prawdziwki pod śniegiem. Na weekend pogoda miała być co prawda bez śniegu, ale i bez rewelacji. Po przyjeździe przywitało nas przeraźliwe zimno i resztki śniegu na podwórku i balkonie. To białe wywołało taki entuzjazm u Michałka i Krzysia, że zapomnieli nawet kurtek założyć i rzucili się do lepienia śnieżnych kul. Moja reakcja na śnieg była wprost odwrotnie proporcjonalna do ich radości. Znaczy się, śnieg mnie ani trochę nie ucieszył.;

wtorek, 13 października 2020

Co nam jesień w darze niesie

     Jesień, jesień... Z porannymi mgłami, słońcem koło południa i wieczornym chłodem. Jesień, która dotychczas przynosiła w darze leśne skarby, owoce z sadów, kasztany, żołędzie i liście pomalowane pięknymi barwami. Jakoś się tak przyjemnie zawsze kojarzyła (przynajmniej ta złota - polska), że gdzieś tam na skraju jej darów były katary, kaszlinki i inne bolesności i dolegliwości związane z deszczem, pluchą i szarugą. A jak już kogoś przeziębienie dopadło i kichnął w towarzystwie, to mu wszyscy "Na zdrowie!" wykrzyczeli albo i dodali, że nie na wodę to kichanie. A teraz? Spróbuj sobie tylko kichnąć w przytomności innych człowieków, a popatrzą na ciebie jak na trędowatego albo i donos do sanepidu pójdą skrobnąć. Tak. Jesień w cieniu korony nie jest naznaczona podejrzliwością, nieufnością i obawą. Boją się ludziska kar, mandatów i restrykcji. I coraz mniej się cieszą z tych dobrych darów losu.

czwartek, 8 października 2020

Nie tak to miało być


         Piękna pogoda w sobotę była miłym zaskoczeniem i takiej samej spodziewaliśmy się na niedzielę. Jeszcze w sobotni wieczór Pawełek sprawdzał prognozy i oznajmił, ze będzie bez deszczu, miło i przyjemnie. Radośnie zostawiłam na balkonie bez zadaszenia grzyby, które nie zmieściły się w sobotę na suszarkę, bo stwierdziłam, ze tam będzie im najlepiej. To z ich powodu zerwałam się na równe nogi, kiedy nad ranem usłyszałam za oknem charakterystyczny szum deszczu. Na dołożenie ich na suszarkę było już za późno, bo zmokły solidnie. Musiałam je pokroić i poddusić, a następnie zamrozić. Takie zajęcie w niedzielny poranek przy padającym deszczu, to sama przyjemność. Lipnicki domek jeszcze bardziej wypełnił się zapachem grzybów. Pawełek otworzył oczęta i nie mógł uwierzyć, że pada deszcz, skoro nie miał padać Zamiast przyjąć ten fakt jako oczywistą oczywistość, zaczął szukać wytłumaczenia na pogodowym portalu i stwierdził, ze do południa to już tak będzie. No cóż, co ma być, niechaj się dzieje. Obudziłam Michałka i Krzysia, żeby się zbierali do lasu, a tu mi się chłopaki zaczęły łamać, że deszcz, że mokro, ze im się nie chce... Po takich postawach najlepiej widać jak mi się dzieci zestarzały; jeszcze rok temu deszcz im w niczym nie wadził, a teraz takie się to delikutaśne  zrobiło. Całe szczęście, że już nie trzeba z nimi zostawać. Zarekwirowałam im urządzenia elektroniczne, żeby nie ciupali w gry przez całe przedpołudnie i razem z Pawełkiem poszliśmy z koszykami na Grapę.

poniedziałek, 5 października 2020

Sobotnie szaleństwo pazerniacze

      Kiedy tylko zakończyłam w środę suszenie ostatnich grzybów pozyskanych w poprzedni weekend, zaczęłam się szykować na powtórkę z rozrywki. Pod Babia cały tydzień padało i było niezbyt ciepło. Gospodarze donosili uprzejmie, że grzyby cały czas rosną, ale miejsce prawdziwków zajmują rydze i opieńki. W piątkowe popołudnie z nieba zniknęły deszczowe chmury i zaświeciło słońce. Aż trudno było uwierzyć, że po czterech i pół dnia prawie nieustających opadów, szykuje się taka przyjemna pogoda na weekend. Przecież zazwyczaj to było zupełnie na odwrót - od poniedziałku do piątku piękne słoneczko, a na sobotę i niedzielę deszcz, zimnica i zawierucha. Tym razem aura robiła wszystko, żeby zachęcić do wyjazdu. Ma to również minusy - wyjazd z Krakowa zajął nam sporo czasu, bo na drodze zrobiło się tłoczno. Gdyby pogoda była mniej przyjazna, jechałoby się sprawniej, bo większość z innych wyjeżdżających zostałaby w domowych pieleszach. Było już całkiem ciemno, kiedy dotarliśmy do Lipnicy., więc tylko zjedliśmy szybką kolacyjkę z grilla i poszliśmy grzecznie spać, żeby w sobotę ruszyć na łowy zaraz jak się tylko rozwidni.

czwartek, 1 października 2020

Miesiąc pandemicznej szkoły za nami

     Po cyrkowisku na zakończenie poprzedniego roku szkolnego i podobnym rozpoczęciu bieżącego, wydawało się, że nie miną dwa tygodnie, a wszyscy zostaniemy uziemieni na bezobjawowych kwarantannach, szkoły zamknięte, a dzieci skazane ponownie na tępe gapienie się w monitor, po którego drugiej stronie jakaś biedna pani nauczycielka produkuje się, żeby cokolwiek dzieciom przekazać. Tymczasem wszystko jakoś się ułożyło, wyciszyło i jakby ciut zbliżyło do normalności. Wrzesień minął, a tu nie dość, ze szkoła dalej otwarta, to w dodatku nikt nie jest chory. Ani objawowo, ani bezobjawowo. Rzec można zatem, że do końca roku szkolnego zostało już tylko dziewięć miesięcy! A później będą wakacje.:) Na razie jednak Michał musi zakończyć naukę w klasie szóstej, a Krzychu w piątej. Aż się wierzyć nie chce, że te lata szkolnej edukacji przemknęły tak błyskawicznie, że za momencik będzie średnia szkoła. Ale na razie jesteśmy tu i teraz i musimy stawić czoła wszystkim pomysłowym obostrzeniom.