środa, 22 kwietnia 2015

Nie myśl sobie mamo!

   
    Tydzień przed wiosennymi świętami, Krzyś przez weekend uskarżał się na ból ucha, ale nie mógł się zdecydować, które ucho go boli. W poniedziałek dojrzał do podjęcia ostatecznej decyzji i ze zbolałą miną orzekł, że powodem cierpienia jest ucho prawe. Na takie dictum matka umówiła się na wizytę do lekarza. Michałka odstawił do zerówki tata, a my z cierpiącym Krzychem poszliśmy do przychodni. Wizyta u lekarki podziałała na tyle leczniczo, że skargi na bolesność ucha ustały natychmiast po opuszczeniu gabinetu. W perspektywie mieliśmy jednak trzy dni obserwacji postępów/zatrzymania infekcji. Miał zaordynowane kropelki do ucha (zimne jak lód) i drugie kropelki do buzi (smakujące jak śmierdziel). W domu tylko Krzyś i mama. Moje dziecko było zachwycone; ja nieco mniej.

    Do popołudnia było cudnie - bawiliśmy się, rozegraliśmy kilka bitew z udziałem "dobrych" i "złych", Krzychu pojadł (jak na chore dziecko, miał wyjątkowo dobry apetyt) i wtedy to się stało. Chciałam zaświecić lampę w przedpokoju, wcisnęłam pstryczek - elektryczek, ale jasność się nie stała. Zamiast niej nastąpił wybuch, a nawet eksplozja - kawałki żarówki miały taki zasięg rażenia, że były dosłownie wszędzie. Na szczęście Krzyś był daleko od epicentrum i nie został ranny. W porę zdążyłam huknąć, żeby nie podchodził i mnie nie ratował. Musiałam ratować się sama.

    Przeprawiłam się przez największe pobojowisko do miotły i zmiotłam większe kawałki. Aby zneutralizować zagrożenie do końca, wyciągnęłam odkurzacz, włączam, a tu nic nie burczy. Szturchnęłam niedziałający sprzęt, zmieniłam gniazdko. Cisza. Sprawdziłam kolejne domowe źródła prądu - nic nie działa. Wyspindrałam się do skrzynki z korkami - uff - to umiem naprawić! Można było odkurzyć drobne, szklane odłamki.

    Ale to nie koniec prądowych przebojów - w gniazdkach prąd się pojawił, ale nadal nie było go w lampach i kuchence (a tu trzeba obiad dla nieobecnej na razie menażerii przygotować!) Przyszedł czas na telefon do przyjaciela, a właściwie to do Pawełka. Dowiedziałam się, że muszę wyjść na korytarz, otworzyć metalowe drzwiczki i tam też ponaprawiać. Cóż było robić - poszłam, znalazłam, zwyciężyłam!

    Dumna z siebie podśpiewywałam sobie "ale jestem zdolna, naprawiłam, naprawiłam...." Krzychu popatrzył na mnie z politowaniem i powiedział: "Nie myśl sobie mamo, że jesteś taka fajna. Tata też by umiał naprawić." I sprowadził matkę do parteru.:)

     To zdarzenie przypomniało mi się wczoraj, kiedy na ból prawego ucha zaczął się uskarżać Michałek.

2 komentarze:

  1. Dorotko, pochwalę się, że "naprawić" prąd w taki sposób też umiem :D

    OdpowiedzUsuń
  2. A myślałam, że to ja taka zdolna tylko jestem.:) Krzychu miał rację....

    OdpowiedzUsuń