wtorek, 10 listopada 2020

Cudny listopadowy weekend


     Tak pięknej pogody w listopadowy weekend to ja nie pamiętam. Sobota zaczęła się co prawda od gęstej mgły, która towarzyszyła nam podczas jazdy z Krakowa pod Babią, ale kiedy dotarliśmy na miejsce, zniknęła zupełnie, a na niebie zagościło słońce, które grzało wcale nie po listopadowemu, ale raczej kwietniowo, wiosennie. Można było zapomnieć, że to listopad. Sobota została przeznaczona na prace gospodarskie będące przygotowaniem do działań rolniczych, jakie będziemy podejmować w przyszłym roku wiosną. Po południu zrobiliśmy objazdową wycieczkę na drugą stronę Babiej, gdzie przeraziły nas nieco tłumy turystów i szybciutko wróciliśmy do naszej spokojnej Lipnicy. 

    W niedzielę nawet mgieł nie było; co prawda na trawie osiadł delikatny przymrozek, ale już parę minut po ósmej słoneczne promienie zamieniły go w niebyt. Od razu zrezygnowaliśmy z jednej warstwy ubrania, a ja nawet rękawiczki zostawiłam w domu, stwierdzając, że nawet moje wrażliwe na zimno łapki nie zmarzną przy takiej wspaniałej pogodzie.Chłopcy wybrali na spacerowy teren las babiogórski. Mnie było tym razem w zasadzie obojętne gdzie pójdziemy, byle iść.:)

     Las był pełny świetlnych kontrastów. Pod drzewami było całkiem ciemno, a tam, gdzie większa przestrzeń bez drzew, rozbłyski słoneczne aż oślepiały. W takich okolicznościach wcale nie jest łatwo wypatrywać grzybów, bo przed oczami pląsają plamy światła i cieni. Dodatkowo patrzyłam, gdzie chłopaki są, bo im się wyjątkowo spieszyło i zamiast chodzić po lesie i wypatrywać czegoś grzybowego, darli przed siebie drogą leśną jak wścieknięci. Po chwili odpuściłam rozglądanie się za nimi, bo przecież wiedzą dokąd idą, las znają, więc nie zginą. Zwolniłam i zaczęłam zauważać, że coś jeszcze rośnie w babiogórskim lesie.

    Najwięcej spośród grzybów wielkogabarytowych dało się zauważyć wszelakich mleczajów, monetnic maślanych i gąsek mydlanych, które bardzo lubią zasiedlać jesienią orawskie lasy. Miałam nadzieję, ze gdzieś między nimi schował się jakiś zapomniany borowik, który czeka do tej pory na mnie, ale widocznie sobie nie zasłużyłam, bo żaden nie czekał. Albo też ja żadnego nie wypatrzyłam.
    Znacznie więcej niż dużych grzybów, było na ściółce drobnicy wszelakiej, która miejscami pokrywała szczelnie podłoże. Co krok trzeba było przekraczać ciągi wyznaczane przez goździeńczyki grzebieniaste, które ustawiały się w poprzek zbocza. Jakoś nigdy wcześniej nie zwróciłam na to uwagi, a tym razem właśnie tak zastępowały mi drogę tworząc pasy na stoku. Na przestrzeni jakichś 50 metrów przewyższenia nie widziałam żadnego goździeńczykowego ciągu rosnącego z góry na dół (czy też z dołu do góry). Może to czysty przypadek, a może jakaś prawidłowość. Z ciekawości trzeba będzie to poobserwować.:)
   Równie gromadnie rosły lakówki pospolite, które zebrały się na nielegalne zgromadzenia i marsze.;)
    Nie brakowało też zgromadzeń pieprznikowych. Zdumiewające jest, że zamiast dorosłych, dobrze rozwiniętych owocników, wszędzie jest pełno maluchów żłobkowych. W listopadzie pieprzne trąbki już zawsze były spore wielkości, można było nimi zapełnić koszyki, a teraz do zbioru nadaje się co setna. Reszta ma po 3-5 milimetrów średnicy. Od miesiąca jest pełno takich maleńkich owocników i nic się w tym zakresie nie zmienia. Myślałam, ze nakoszę ich w ten weekend, a tu nadal nic z tego.
    Kiedy wyszliśmy nieco wyżej na zbocze Babiej, większe gromady grzybów poznikały. W zasadzie oprócz pojedynczych goździeńczyków, na wysokości 950 metrów, innych grzybów już nie było. Dlatego też obecność kępki pieprzników jadalnych,  czyli moich ulubionych kureczek, mile mnie zaskoczyła. Zabrałam je i połączyłam z garstką pieprzników trąbkowych, które wcześniej wrzuciłam do koszyka.
    Dotarłam do strumyka. Michałek, Krzyś i Pawełek już tam byli. Czekali na mnie. Wcale im się nie chciało dalej iść. Dla mnie to zupełnie niepojęta i niedopuszczalna postawa. Jak można zawracać, kiedy las taki piękny i słońce świeci, a niebo jest błękitne i ani jednej chmurki na nim nie ma. Przeszliśmy przez strumień i ruszyliśmy ostro pod górę, po drogach zrobionych przez leśników tylko po to, żeby wywozić drzewa z lasu.
   Widoki całkowicie rekompensowały brak grzybów, które wyprowadziły się z terenu zdewastowanego przez drwali. Tylko jedna piestrzenica infułowata została na straży i stojąc na pniaku po wyciętej jodle, spokojnie wysychała sobie w promieniach listopadowego słoneczka.
    Ogromna przestrzeń stoku Babiej Góry jest poznaczona wieloma drogami wyjeżdżonymi przez ciężki sprzęt. Można się rozdzielać, a za chwilę spotykać, bo drogi tworzą labirynt.
   Tak też szliśmy - czasem dwójkami, czasem pojedynczo. Chwilami traciliśmy kontakt wzrokowy, a raz nawet Krzyś rozpaczliwie mnie nawoływał, bo wydawało mu się, ze zaginąl w tej plątaninie dróg i ścieżek.
    W trakcie podchodzenia robiliśmy liczne przystanki, żeby popatrzeć na otaczające nas okoliczności przyrody i zapisać je na karcie foto.
     Kiedy po raz kolejny rozdzieliłam się z dzieciakami, na Krzysiowej drodze pojawiły się piękne pomarańczowe grzybki. Zabrał jednego, żeby pokazać mi swoje znalezisko, kiedy ponownie się spotkamy. W efekcie, kiedy zobaczyłam piękną dzieżkę pomarańczową i usłyszałam, że tam niżej było ich dużo i nawet większe od tej przyniesionej, to zdecydowałam, ze do nich zawrócę idąc Krzysiową drogą. Krzychu zapewniał, że grzybki rosna niedaleko i wcale nie trzeba się dużo wracać.

      Poszliśmy razem z Krzysiem do miejsca, w którym miało być dużo dzieżek. Okazało się, ze wcale nie było to aż tak blisko jak początkowo zapewniał Krzychu i trzeba było spory kawałek zejść w dół, a później oczywiście wyjść do góry, żeby wrócić na trasę.

   Warto jednak było, bo dzieżki pięknie wybarwione były i czekały, żeby im zrobić sesję foto.
    Po zrobieniu zdjęć ruszyliśmy z Krzysiem do góry, gdzie czekali już na nas Michałek z tatą. Krzychu był oczywiście szybszy i kiedy ja doszłam na miejsce, leżał już w kamiennym fotelu i odpoczywał po wysiłku.
   Dochodziliśmy do miejsca, w którym "nasz" strumyk przecina zielony szlak na szczyt Babiej. Jakieś 50 metrów od szlaku kończy się teren totalnej demolki i wycinki. Tak, żeby turyści idący szlakiem widzieli chociaż wąska linię drzew, a nie pobojowisko. Tabliczka wyznaczająca teren wycinki została potraktowana ze szczególnym okrucieństwem. Jakoś tak nieszczególnie nam przeszkadzało, że akurat ten element "wystroju" lasu leży pogięty na boku drogi.

    W strumieniu zrobiliśmy postój, a Michałek nawet posiad zrobił.:)

    To była niepowtarzalna okazja, żeby się napoić, z czego skwapliwie skorzystali Miś i Krzyś, którzy zapomnieli zabrać sobie na spacer bidonów z wodą.
    Pawełek po raz kolejny w swojej foto - karierze uwiecznił to miejsce.
A to efekt tego uwiecznienia.:)
Stąd zaczęliśmy już schodzić ku dołowi.
    Zaczęły się pojawiać grzybki. Nawet jeden podgrzybek rósł sobie na poboczu głową w dół.
    Ostatnim przydrożnym grzybkiem był mleczaj jodłowy, czyli orawski rydz. I to już był koniec naszego niedzielnego spaceru. Chciałoby się bardzo, żeby kolejne listopadowe weekendy były równie piękne.


4 komentarze:

  1. Cudowny spacer.Jest miło o wesoło jak świeci słoneczko.U was tak jak na Mazurach nie ma podgrzybkow i gąsek.Na zdjeciach widze kosze i wiadra pieprznikow trąbkowatych .I piekne gąski zielonki.U nas nic jak donosza znajomi grzybiarze.Fajnie by było pospacerować tak jak wy we czwórkę.Chociaż widoki macie zajefajne,cudowne.Serdecznosci Menażerio

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U/ nas właśnie zawsze były kosze pieprzników trąbkowych, a w ty roku one cały czas takie maleńkie. Nie ma szans na napełnienie nimi koszyka. Ale ja się tym zupełnie nie przejmuję, bo najważniejsze to wyrwać się z miasta i połazikować po lesie. Pozdrawiamy serdecznie!

      Usuń
  2. Piękne widoki. U nas mglisto i powietrze takie jakieś lepkie. Ale za to wodnichy przypuściły zmasowany atak. Pozdrawiam, Inka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas po tym słonecznym weekendzie powietrze zrobiło się takie samo jak u Ciebie. Zwycięskiej walki z atakującymi wodnichami i pełnych koszy!Serdeczne pozdrowienia!

      Usuń