poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Ostatnia partyzantka w prywatnych lasach

     To był ostatni pandemiczny weekend, w czasie którego ukrywaliśmy się po partyzancku w lasach, które nie zostały zamknięte. Pawełek od rana miał złe przeczucia i widziałam, że najchętniej zaszyłby się w jakiejś norze i przeczekał w niej do poniedziałku.  Cały spacer był tak zestresowany, że aż mi go żal było i zaczęłam żałować, ze go zabierałam do lasu, bo zamiast relaksu miał stresa. Odpytany na okoliczność swojego nerwowego podejścia do tego sobotniego wypadu, stwierdził, że nie chciałby zostać odstrzelony w przedostatnim dniu obowiązkowej partyzantki. Ja tam żadnych złych przeczuć nie miałam, a ponieważ ufam tylko swoim, zachowałam pełny spokój. Michał i Krzyś jak zwykle, byli pełni przekonania, że wobec jakiegokolwiek nieszczęścia w partyzanckim życiu, matka wyprowadzi ich z każdej obławy, a w razie potrzeby zabije mundurowych żmijowym wzrokiem.;)

     Kawałek pięknego lasu z wygodnymi ścieżkami musieliśmy opuścić, bo przecież cała zmasowana akcja dronów szpiegowskich została skierowana właśnie w ten rejon. Pawełek rozglądał się nerwowo. Do wzrostu poziomu jego stresu przyczyniały się również okrzyki wydawane przez dzieci. Każdy, kto ma dzieci, wie, że zmuszenie ich do zaprzestania produkcji hałasu podczas zabawy, jest niewykonalne. Pawełek sprawiał wrażenie, jakby się dopiero teraz dowiedział.
     W efekcie odbiliśmy w takie chaszcze, w których nie było szans na wytropienie nie tylko pojedynczego partyzanta, ale nawet całego oddziału.
     Gdyby w ściółce było cokolwiek wilgoci, pierwsza darłabym w te chasiory, bo właśnie w nich byłaby szansa na znalezienie jakichś grzybów. Jest jedna tak potwornie sucho, ze nawet nad ciekami wodnymi ziemia jest wyschnięta na pieprz.
     Jak tylko Michał z Krzychem zobaczyli płynący z wolna potok, natychmiast zażyczyli sobie, żeby rozbić nad nim obozowisko i oddać się zabawie.
Znaleźliśmy miejsce z dobrym dojściem do wody i piaszczystym dnem.
     Wyglądało to wszystko na tyle zachęcająco, że natychmiast zrodził się plan kąpieli. O dziwo, Pawełek nie protestował przeciwko zdjęciu butów. Miałam nadzieję, że trochę w tych krzakach wyluzuje, ale już obmyślał strategię powrotu do konspiracyjnego parkingu i zupełnie nie korzystał z uroków lasu.
     Chłopaki pozdejmowali buty i skarpetki. Zaczęła się zabawa w wodzie. Zastanawiałam się, czy wpadną na to, żeby się jeszcze bardziej rozebrać i potaplać całościowo, bo  ja w ich wieku na pewno bym wymyśliła taką porządniejszą kąpiel. Oni jednak takie pomysłu nie przedstawili. Udało im się nawet nie wpaść do wody "zupełnie przez przypadek".
     Na spacerze były z nami oczywiście Michałkowe spadochrony, które już od blisko dwóch miesięcy są Miśkową pasją, a moją udręką. W domu, oprócz składowiska folii wszelakich - grubych, cienkich, przezroczystych i kolorowych, powstał system linek podczepionych do sufitu i ścian, a służących do ćwiczeń dla testerów spadochronowych. I oczywiście Michała teoria głosi, ze to absolutnie nikomu nie wadzi, a w dodatku jest nadzwyczaj pomysłowe, estetyczne i w ogóle ciężko zrozumieć, że komuś się nie podoba.;)
     Tymczasem początkowo spadochrony były puszczane metodą tradycyjną - wyrzut do góry, spadanie, składanie, powtórka... I tak10, 20, 100 razy.:)
     Później Michał wytestował nowy sposób wystrzeliwania spadochronów z podczepionymi do nich testerami. Użył do tego procy - narzędzia, które zrobił w ubiegłym roku podczas wakacji. Teraz Krzysiowi przypomniało się, ze te proce leżą gdzieś na dnie kufra z zabawkami. Wyciągnął je w celu wykorzystania do walki partyzanckiej - żeby się bronić, kiedy nas prześladowcy dopadną. Michał o obronie nie myślał, za to chciał wojenny oręż wykorzystać w misjach pokojowych.
     Okazało się jednak, że operowanie procą i spadochronem wcale takie proste nie jest. Spadochron zaczepiał się o procę, odwracał, nie chciał lecieć. Michał ocenił zatem pomysł wystrzeliwania spadochronów procą jako niegodny dopracowania i kontynuacji.
     Wybawiliśmy się nad wodą do bólu. W końcu trzeba było wracać przez ten chabździowaty las, żeby dotrzeć do samochodu porzuconego na tajnym parkingu. Pawełek stresował się coraz bardziej i warczał na dzieci, żeby się nie odzywały. Dzieci tymi warknięciami przejmowały się albo wcale, albo na ięć sekund. Starałam się łagodzić sytuację, żeby wszystkim było w miarę przyjemnie. Pawełkowi tłumaczyłam, ze nie ma się czego bać, ale nie mógł zapanować nad czarnowidztwem i złymi przeczuciami. Przy okazji dostało się i mnie, za to, że to ja zawsze coś wymyślę i nie dam im spokojnie gnuśnieć.
    Atmosfera się nieco oczyściła, jak Pawełek wysforował się naprzód i został sam na sam ze swoimi wizjami ukatrupienia całego oddziału partyzanckiego przez wroga, a ja z chłopakami zostałam z tyłu i pozwoliłam im na swobodne rozmowy normalnym głosem, a nie szeptem.

     Do auta dotarliśmy bez przeszkód, zachowując dystans do Pawełka, żeby go już bardziej nie stresować. Nawet z dystansu samochód otworzyłam, żeby mógł się schować i wreszcie poczuć bezpiecznie. Mimo wszystko spacerek był cudny.:)
     W czasie, kiedy Michał i Krzyś dokazywali w rzeczce, a Pawełek siedział na pieńku i pogrążał się w otchłani rozpaczy, ja przeszukiwałam okoliczne chaszcze. Z każdego zakamarka szczerzy kły okrutna susza. Grzyby nie są w stanie wytworzyć owocników w takich warunkach, a wieloletnie grzyby nadrzewne rozsypują się w proch pod dotknięciem ręki. Tylko nielicznym roślinkom udaje się przebić przez warstwę ubiegłorocznych, wysuszonych badyli. Nawet pokrzywy kiepsko dają radę.
     Z kwitnących roślinek udało mi się dopaść rzeżuchę leśną, nieliczne fiołki i nieco liczniejsze bluszczyki kurdybanki.
    Były też nieliczne, całkowicie wysuszone porosty.
    Część mojego oddziału partyzanckiego zamaskowała się zgodnie z dyrektywami odgórnymi. Pawełek zakupił tyle masek, że może każdego dnia tygodnia prezentować inną twarz.
     Krzysiowi szczególnie przypadła do gustu twarz gangstera. Czemu mnie to nie dziwi???;)
     Jeżeli idzie o mnie, to próbowałam raz zrobić zakupy w masce i musiałam opuścić sklep, bo się dusiłam. Nie jestem w stanie chadzać w namordniku i już. Na temat masek mam takie samo zdanie jak pan Sz. jeszcze dwa tygodnie temu:

3 komentarze:

  1. stąd:
    https://www.gov.pl/web/koronawirus/aktualne-zasady-i-ograniczenia

    Ograniczenie nie dotyczy:
    - osób, które mają problemy z oddychaniem (okazanie orzeczenia lub zaświadczenia nie jest wymagane),
    - osób przebywających w lesie.

    pozdrawiam, nie dajmy się zwariować:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie nie dajemy się koronawariactwu.:)

      Usuń
  2. Niestety, zostałem wezwany do odpowiedzi...
    Na każdy wcześniejszy wyjazd w "prywatne" lasy byłem przygotowany. Okupacja to okupacja. Zamordyzm ma swoje prawa a wolny, myślący człowiek wie jak je ominąć. Jako człowiek młody duchem ale ze sporym doświadczeniem nabytym między innymi w mrocznych (jakoby) czasach stanu wojennego wiem, że najważniejsza jest "bajeczka". Jechaliśmy "a to dzieci pomodlić w kapliczce wśród łąk" a to "znicz zapalić na pomniczku poległych żołnierzy", lekcję historii odrobić. I było fajnie!
    Na ostatni wyjazd nie przygotowałem się prawie w ogóle. Aby dojść w "prywatny las" trzeba było pokonać 500 - 600m przez las państwowy (to znaczy: Narodowy - nasz - czyli niedostępny).
    Stanęliśmy na parkingu sklepowym a nie leśnym (aby "blachy" na aucie nie drażniły). Weszliśmy w las ścieżką nie zagrodzoną taśmą (bo ta główna ścieżka była zagrodzona). Z uwagi na porę wejścia w leśne ostępy było to całkiem bezpieczne bo o 8:30 to w wolną sobotę Naród jeszcze śpi. A jak Naród śpi to nie ma sensu go pilnować.
    Zwykle po wejściu w głuszę się uspokajam. Tam nam nic nie grozi. Tu było inaczej. Teren jest znany i uczęszczany. Wojsko z mojego oddziału darło się jak opętane biegając tam i z powrotem. Nawet nasłuchiwanie ruchów okupanta było niemożliwe w tym ryku. Na szczęście udało mi się skierować oddział w teren chaszczowy "ku rzece". Tam możliwość spotkania wroga była minimalna. Fakt, stresowałem się powrotem tej menażerii do pojazdów. Prowadziłem oddział przez środek lasu, w poprzek dróg i leśnych ścieżek by wyjść wprost z leśnych ostępów na asfalt i tu już w miarę legalnie, zamaskowani (w namordnikach) przedrzeć się do aut. Udało się. Ale i tak było spotkanie z "dwunożnymi".
    W trakcie powrotu mus było przeciąć dróżkę, drogę leśną. Taką zwykłą, piaszczystą. Spojrzałem w prawo - nikogo, spojrzałem w lewo - o kur! a tam dwa żuliki sobie siedziały i piwko sobie piły. "Dzień dobry" rzekłem i zapytałem z jakiego oddziału partyzanckiego są. "Z Samoobrony" - odrzekli. Powiedziałem, że my to "Leśni Strzelcy" i idziemy w swoją stronę. Przyjaźnie odmachali rękami i mogliśmy odejść.
    Idąc dalej, przez młodnik udało się wyjść na asfalt osiedlowej drogi. Tu już oddział był bezpieczny.
    Stres był ale wypad (mam nadzieję ostatni podczas tej okupacji) był udany i będę go pamiętał długo.
    Przynajmniej do następnej pandemii (koronawirusa albo głupoty), bo przecież jak Naród daje się tak pięknie tresować to Pan Treser spróbuje jeszcze raz, i jeszcze raz... Bo czemu nie?

    OdpowiedzUsuń