wtorek, 24 sierpnia 2021

Sierpniowe wejście na Babią

 

    Kontynuujemy tegoroczne wyzwanie - Babia została zdobyta po raz ósmy. Dniem wejścia była sobota. Gdyby nie Zołza, poszlibyśmy zapewne w jakiś dzień w środku tygodnia, kiedy na szlaku są pustki. Ale Zołza jest jeszcze za malutka, żeby iść na Babią albo zostać samotnie w domu, a już za ciężka, żeby ją wynieść na górę w nosidełku. Trzeba było zatem iść na górę w dzień weekendowy, kiedy córeczka mógł się zająć tata Pawełek. Żeby nie zostawiać ich zbyt długo samych, wybraliśmy najszybszy szlak zielony, którym weszliśmy i zeszliśmy. Tym razem do mnie, Michała i Krzycha dołączyli Natalka i Piotr. Wyjechaliśmy z kwatery o 6:30, a kwadrans później ruszyliśmy na szlak.

    Samochodów na parkingu  było sporo, ale to przyjechali grzybiarze, a nie turyści. Ruch na szlaku przed godziną siódmą był niemal zerowy - spotkaliśmy tylko dwóch panów schodzących z góry. Dzieci wystartowały pierwsze na dobrze znany szlak.
    Wkrótce w kolejności maszerujących na Babią członków naszej ekipy nastąpiły roszady. Doskonale szło mi się na przodzie z Piotrem. Gdybyśmy byli sami, moglibyśmy iść bez zatrzymywania i czas wejścia i zejścia skrócić o godzinę.
    Dzieci szły za nami. Pierwszy dłuższy postój z oczekiwaniem na nich był w miejscu przekraczania strumienia.
Jak do nas dołączyli, to musieli oczywiście odpocząć.
Za strumieniem zaczynają się stromizny i widoki.
Do granicy parku idzie się ostro pod górę.
     Na tym etapie wędrówki Michałek porzucił towarzystwo dzieci i wysforował się do przodu. Dzięki temu miał więcej czasu na odpoczynek podczas oczekiwania na brata i koleżankę.
    A Krzysiek z Natalką wlekli się niemiłosiernie. Kiedy dołączali do nas, ruszali biegiem, wyprzedzali, a później siadali i znowu zostawali w tyle. Jakiś zły duch kazał im tak robić, bo poziom zmęczenia przy tym stylu wchodzenia jest zdecydowanie wyższy. Machnęłam na nich ręką, bo po trzeciej bezskutecznej próbie wytłumaczenia jak powinni iść, już mi się nie chciało więcej produkować.

    Powyżej linii lasu w czasie oczekiwania na maruderów można było nazbierać borówek. Nigdzie nie są tak dorodne i słodziutkie jak na Babiej Górze.

A widoki w kosówce już bardzo jesienne. Liście i trawy zrudziały, a większość kwiatów przekwitła.
Obecnie kwitnie jeszcze goryczka trojeściowa.
    Szlak prowadził delikatnie pod górę. Temperatura była idealna do wędrówki. Szło się niezwykle przyjemnie.
     Na błękitnym niebie zaczęło się gromadzić coraz więcej chmur. Początkowo były to białe baranki płynące leniwie po niebieskiej toni.
    Doszliśmy do ruin schroniska. Całe połacie są tu porośnięte borówkami brusznicami, które już mają właściwy dla dojrzałych owoców kolor, ale nadal są piekielnie kwaśne.
    Tu jest najbujniejsza roślinność. To źródełko z najczystszą na świecie wodą daje roślinom siłę .
    Kiedy odpoczywaliśmy w ruinach schroniska, białe obłoczki zamieniły się w szare chmury.


    Szybko zeszły na zbocze i zaczęły się przemieszczać, zabierając widoki i przyjemną temperaturę. W momencie, kiedy nadciągnęła chmura, zrobiło się zimno.
   Podczas dochodzenia do szczytu chmura raz nas zagarniała, raz opuszczała. Nie była na szczęście tak gęsta, żeby zasłonić wszystko całkowicie i zupełnie.

    Przez chwilę wydawało się nawet, że wyskoczy słońce, a chmura odejdzie precz.

Szybko jednak wróciła, a słoneczko znikło.
     W tych okolicznościach najwięksi maruderzy - Krzysztof i Natalia, ruszyli biegiem i byli na szczycie pierwsi z naszej grupy.
    Kiedy już wszyscy byliśmy na górze, zrobiliśmy tradycyjne zdjęcie pod słupkiem babiogórskim.
Widoki były raczej słabe, bo chmura cały czas przetaczała swoje szarości nad szczytem i okolicami.
     Siedzenie na szczycie nie było zbyt przyjemne, bo pod bluzy wdzierał się wilgotny chłód szarej chmury. Ruszyliśmy w dół.
Przy zejściu był czas na obfocenie owoców, kwiatów i grzybów.
    Po drodze jeszcze dwa postoje - na granicy parku i przy strumieniu. A później już prosto do parkingu i ósme tegoroczne szczytowanie na Babiej przeszło do historii.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz