czwartek, 17 września 2015

Opowiem ci kawał...

    Popołudnie. Wróciliśmy już z Michałkiem i Krzychem do domku, chłopcy coś przekąsili i zabrali się za zabawę. Po chwili Michałek przyszedł do kuchni, a za nim oczywiście młodszy brat, bo przecież wszyscy wiedzą, że najlepiej się bawi tam, gdzie akurat przebywa mama usiłująca zrobić coś konstruktywnego. 

   Polatali samolotami nad kuchennym blatem, coś tam zrzucili, krzesło przestawili i Michałek pyta czy opowiedzieć mi kawał. Nieco zrezygnowana perspektywą wysłuchania po raz setny kawału o trzech mrówkach idących przez pustynię, ewentualnie o Jasiu, któremu się wszystko pomieszało podczas odpowiedzi w szkole, przytaknęłam - tak Michałku, pewnie, że chcę. I moje dziecko zaczęło: "Był sobie Jaś i Małgosia..." Zorientowałam się od razu, że repertuar się rozszerzył, więc nadstawiłam czujnie ucha. Jak się okazało - słusznie.
   Później było w "kawale" o siuraku, ptaszku i gniazdku, a wszystko przerywane głośnymi wybuchami śmiechu opowiadającego oraz jego młodszego brata, który entuzjastycznie się zaśmiewał w tych właściwych momentach. Opowiadanie Michałka przywołało wspomnienia - słyszałam ten stary jak świat dowcip na etapie podstawówki, ale miałam wtedy trochę więcej niż sześć lat i z perspektywy czasu wydaje mi się, że kapowałam z niego nieco więcej niż moje dziecko.

    Wysłuchałam do końca, Michałek spojrzał na mnie zdumiony, z pytaniem w szeroko otwartych oczach: "Czemu się nie śmiejesz???" (Przyznaję - dotychczas, kiedy Michaś opowiadał swoje dowcipy, śmiałam się zawsze, nawet jeśli słyszałam to samo po raz nie wiem który.) Zapytałam więc Michałka z czego on się śmiał opowiadając mi ten kawał. Mój synuś rozbrajająco stwierdził, że śmiał się dlatego, że Zosia się śmiała, kiedy mu ten dowcip opowiadała. Szybko doszłam do tego, która to koleżanka sprzedaje takie kawały i poprosiłam Michałka, żeby się zastanowił i opowiedział mi swoimi słowami o co w tym dowcipie chodzi.

   No i klops! Jako, że Michaś pomysłowym dzieckiem jest i na długo języka w gębie nie zapomina, wymyślił na poczekaniu historyjkę o ptaszku, który wypadł z gniazda i został znaleziony przez Jasia, który właśnie sikał w krzakach. A później Małgosia pomogła dla tego ptaszka zbudować gniazdko i razem z Jasiem opiekowali się nim jak dzieckiem, I żyli długo i szczęśliwie - to już sama dodałam na koniec tej historii. 

   Pytam zatem dziecko moje, co jest śmiesznego w tej jego opowieści i słyszę w odpowiedzi: "No chyba nic." Przyszła zatem pora na wyciąganie wniosków - skoro dowcip nie jest śmieszny, to nie należy go opowiadać kolegom, koleżankom ani paniom w szkole, bo się nie będą śmiać. Po drugie nie należy się śmiać z czegoś tylko dlatego, że robi to inna osoba, bo w zależności od sytuacji można wyjść na przygłupa albo zrobić komuś przykrość. Po trzecie - trzeba słuchać ze zrozumieniem, a w razie niemożności pojęcia czegoś, dopytywać u źródła bądź przyjść z prośbą o wyjaśnienie do mamy.

   I tu trafiamy na dość częstą przypadłość w naszych rodzinach - nie mamy czasu ani ochoty na wysłuchiwanie tego, co chcą nam powiedzieć nasze dzieci. Ja też nie miałam ochoty słuchać kawału opowiadanego przez Michałka, a loty samolotów nad moimi garnkami budziły we mnie mordercze instynkty. Nie pogoniłam towarzystwa, wysłuchałam, porozmawiałam, czegoś, myślę, nauczyłam - ich i siebie. Gary poczekały, nic nie spaliłam, świat się nie zawalił przez te piętnaście minut, a ja wiem o czym moje dzieci rozmawiają z kolegami i koleżankami i wiem, czego nie będą przekazywać dalej.

2 komentarze:

  1. nooo brawo - za chęci i cierpliwość - wiem z własnego doświadczenia, że jeśli coś "leci" po raz enty, to jednym uchem wpada, a drugim wylatuje, i często nie słyszy się tego co jest w środku. swoją drogą - ciekawa jestem, czy faktycznie wyleci chłopakom z głowy, czy też jednak przekażą gdzieś dalej - pewnie sie sama przekonam, jak się spotkamy :)
    ciocia ania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie nie zapomną, bo pamiętliwi oni są i cioci Ani mogą z rozpędu zaserwować niezły ubaw.:)

      Usuń