W czwartek, wczesnym przedpołudniem odebrałam telefon od mojego grzybowego przyjaciela Zibiego i usłyszałam: "Dorotka, kombinuj jak to zrobić, żebyś jutro była u mnie - u kolegi, w jego prywatnym lasku jest żółto, grzybów nie do wyniesienia! Ja jestem chory i nie dam rady pozbierać." Ponieważ do takich wieści w wydaniu Zibiego podchodzę nad wyraz ostrożnie (znam jego wybitne zdolności w zakresie koloryzowania ilości, jakości, wielkości grzybków), więc zaczęłam wypytywać o szczegóły. Decyzja zapadła.
W czasie, kiedy ja rozmawiałam z Zibim, z Warszawy do Krakowa pomykała ciocia Iza (Smaczna Pyza) z wujkiem Marcinem. W piątek miałyśmy z Izą poszaleć leśnie i grzybowo. Las już co prawda wybrałam wcześniej, ale wobec perspektywy "grzybów nie do wyniesienia", plany można było zmienić... Telefon do Izy, czy chce pazerniaczyć, telefon do Pawełka, czy rano zawiezie dzieciaki do szkoły... Wszystko układało się pomyślnie; można było się szykować na wyjazd.
