
Kilka poprzednich lat przyzwyczaiło nas (a w każdym razie mnie), że prawdziwej zimy trzeba szukać na Orawie, a w Krakowie i okolicach pobliskich trwa cały czas okres zimowych grzybobrań, które potrzebują na zmianę mrozu i roztopów, a nie nieustannego zmrożenia natury przez dłuższy czas. A tu nam ten rok obecny pokazał pazurki sprowadzając zimę taką jak niegdyś bywała, nazwaną obecnie anomalią, bestią ze wschodu, czy też Armagedonem. To, co 10 - 15 - 20 lat temu było standardem, obecnie jest postrzegane jako odstępstwo od reguły. Dla mnie jedynym minusem tej sytuacji jest niemożność pozyskiwania leśnej świeżyzny. I absolutnie nie chodzi mi o konsumpcję, bo zapasów ci u nas dostatek i nawet roczną zimę udałoby się z nimi przetrwać, ale ten cudowny moment, kiedy widzisz swoją ofiarę przyczepioną do bezlistnej gałązki lub pniaka, ten moment zetknięcia pazerniaczej łapy z powierzchnią owocnika, szybki ruch pozbawiający go kontaktu z podłożem i zabezpieczenie pozyskanego w koszyczku lub anużce... Tego mi tej zimy, śnieżnej i mroźnej brakuje. Od blisko półtora miesiąca nie udało mi się pozyskać żadnego boczniaka, zimówki ani nawet uszaka. A przecież zawsze, kiedy nawet nie było boczniaków i płomiennic, to garść uszaków zawsze wpadła w pazerniacze łapy. Ba! Nawet grzybów niepozyskowych, takich do zdjęć, nie można wypatrzeć, bo albo pokryte śniegiem, albo w stanie zmrożonego zasuszenia, bez reprezentacyjnego wyglądu. Zobaczcie zresztą sami, jaka grzybowa bieda podczas niedzielnego spaceru.