Uszaki i boczniaki zebrane w Lasku Wolskim zostawiliśmy w samochodzie, otupaliśmy ubłocone nieco buty i wzięliśmy się za realizację planu Krzysia, czyli zdobycie szczytu Kopca Kościuszki. Chłopcy byli już niejednokrotnie zarówno na górze kopca, jak i w muzeum, które się tam znajduje i wydawałoby się, ze już wszystko widzieli i właściwie to można byłoby sobie podarować ten punkt wycieczki. Ale tak nie jest. Wystarczy pół roku różnicy między jedną, a drugą wizytą w tym samym miejscu, a chłopcy, zyskawszy te pół roku życie więcej, doświadczenie i wiedzę, patrzą na to samo w inny sposób, na co innego zwracają uwagę, zadają inne pytania (chociaż i powtórki się zdarzają), zauważają to, czego wcześniej nie dostrzegali. Uświadomiłam to sobie patrząc na nich i ich reakcje w muzeum. Warto z dziećmi odwiedzać te same miejsca, jeżeli oczywiście sami zainteresowani wyrażają taką chęć.:)
czwartek, 14 grudnia 2017
poniedziałek, 11 grudnia 2017
Kolejne mrożonki grzybowe z grudniowego lasu
Jesteśmy prawdziwymi szczęściarzami! Niedziela, dzień na wypad do lasu, zaczęła się pięknie - na wschodzie niebo było różowawo - pomarańczowe, a wkrótce rozbłysły na nim promyki grudniowego słońca. Podczas porannych czynności, powolnego wstawania i pogaduszek Pawełek w pewnym momencie zapytał, co ja bym zrobiła, jakby ich, znaczy się Pawełka, Michałka i Krzysia, nie było. Popatrzyłam na pogodne niebo i bez wahania odpowiedziałam, ze byłabym w lesie. A Pawełek, chcąc się upewnić, co mam na myśli, dopytywał, czy ja tak dosłownie, czy w przenośni o tym lesie... Parsknęłam śmiechem; pewnie, że dosłownie! Przecież jakbym nie musiała robić śniadanek, szykować ubrań i poganiać całe towarzystwo, to już od pół godziny mogłabym się włóczyć między drzewami. A tu jeszcze chłopcy dorwali się (za moim pozwoleniem) do tabletów, tak na 10 minut i oczywiście chcieli jeszcze pięć minutek i jeszcze pięć... Dopiero jak zagroziłam, że idziemy z tatą sami, to zostawili zabawę i zaczęli się ubierać. Tydzień temu spenetrowaliśmy okolice Kopca Piłsudskiego, a na tę niedzielę zaplanowałam szukanie zimowych grzybów w pobliżu Kopca Kościuszki. Oczywiście od razu Krzyś rozwinął plan wycieczki o zdobycie kopca. Nie miałam nic przeciwko temu, ale najpierw poszliśmy na grzyby.
sobota, 9 grudnia 2017
Złapałam chwilę słońca
Im krótsze dni i dłuższe noce, tym mniej czasu na wyjście na spacer "po jasności". W dodatku dni pochmurne i bez słońca sprawiają, że człowiek poziewuje od rana, mimo że śpi dłużej niż wiosną czy w lecie. Przynajmniej ja tak mam - latem budzę się przed świtem i jestem w pełnej gotowości do działania, a zimą wygrzebanie się z łóżka zajmuje znacznie więcej czasu i tak jakoś mniej energicznie zaczyna się kolejny dzień.
Ostatnio znowu przez wiele dni nie było na niebie ani śladu słońca, a Kraków spowijał smog. Piątkowy poranek był inny niż kilkanaście poprzednich - niebo zaróżowiło się i było wolne od chmur. Michaś i Krzyś obudzili się wcześniej niż ostatnio i znacznie szybciej byli gotowi do wyjścia do szkoły. Zawiozłam ich na lekcje i szybko przeprowadziłam kalkulację, ile czasu mogę wyrwać dla siebie, żeby zdążyć popracować, przygotować coś do jedzenia dla chłopaków i odebrać ich ze szkoły. Z kalkulacji wychodziło, że opcją najlepszą, umożliwiającą zażycie ruchu i przepatrzenie miejscówek zimowych grzybów na Zakrzówku byłby rower. Ale trzymał mrozik, a ja ciepłolubna bardzo jestem i od czasu wypadku rowerowego, jaki miałam parę lat temu, w takich temperaturach nie jeżdżę. Pozostało okrojenie trasy i marszobieg.
piątek, 8 grudnia 2017
Znowu do nas przyszedł z prezentami!
Oczekiwanie na Mikołaja, a właściwie bardziej na prezenty, które miał przynieść, było straszne - wiązało się z nadzieją i niepewnością. Z jednej strony chłopcy są przekonani o swojej codziennej grzeczności, jednak ze strony drugiej zdają sobie doskonale sprawę, że tak nie do końca są zawsze tacy idealni.;) Jak to dzieci... Wiele do życzenia pozostawia też porządek na ich biurkach i półkach. Do większości kolegów Michałka i Krzysia Mikołaj przyniósł prezenty już we wtorek, a u moich chłopaków nie było tego wyczekiwanego gościa. Zapewne Mikołaj doskonale wiedział, że we wtorki chłopcy mają mnóstwo popołudniowych zajęć i nie zdążyliby się wystarczająco długo nacieszyć prezentami przed snem, więc zdecydował, że obdaruje wcześniej inne dzieci, a do Michasia i Krzysia przyjdzie w ten właściwy dzień - szóstego grudnia.
W środę rano chłopcy najpierw przeszukali wszystkie znane z poprzednich lat skrytki i stwierdziwszy, że nocą prezenty się nie pojawiły, jeszcze posprzątali na biurkach, żeby Mikołaj miał gdzie położyć to, co dla nich przyniesie. Zawiozłam ich do szkoły.
Kiedy jechałam po nich do szkoły, sama rozglądałam się za saniami z Mikołajem, bo to już najwyższa pora była, żeby te prezenty przyniósł. Żeby rozpaczy nie było. Wypatrzyłam go nad sąsiednim blokiem. Skoro był tak blisko, wiedziałam, że zdąży podrzucić upominki zanim wrócimy ze szkoły.:)
środa, 6 grudnia 2017
Spacer po pierwszym śniegu i mrożone grzybki
Dzisiaj po śniegu zostały jedynie marne resztki, ale w niedzielę było go jeszcze całkiem sporo. Po sobotnim ukulturalnianiu się w centrum i szalonej imprezie, należało uczcić niedzielę jakimś porządnym spacerem po lesie. Kiedy Paweł z rodziną byli u nas poprzednio, zdobyliśmy wspólnie Kopiec Kościuszki i spenetrowaliśmy Las Wolski wokół niego, więc tym razem, w ramach kontynuacji zwiedzania Krakowa i przyległości, poszliśmy na Kopiec Piłsudskiego. Kopiec znajduje się również w Lasku Wolskim i żeby do niego dortrzeć, trzeba się trochę przespacerować.
poniedziałek, 4 grudnia 2017
Długo wyczekiwana impreza urodzinowa. Krzyś jest pełnoprawnym siedmiolatkiem:)
To było naprawdę długo wyczekiwane wydarzenie. Krzyś skończył siedem lat już 21 listopada, a impreza była dopiero 2 grudnia. Właściwy dzień urodzin, z życzeniami od mamy i taty oraz stolatami odśpiewanymi w domu nie był żadną atrakcją, bo przede wszystkim nie było prezentów. A co to za urodziny bez upominków???
Ale nadszedł w końcu ten właściwy dzień. Po przedpołudniowym spacerze na Rynku zostało nam 45 minut do wyjścia z domu i jazdy do parku trampolin, gdzie była impreza. Ja się uwijałam, żeby przebrać chłopaków i spakować wszystkie potrzebne akcesoria urodzinowe, Michaś bawił się z Mają i Nelą, a Krzyś siedział wpatrzony w zegar i powtarzał na zmianę: nigdy nie zrobi się ta właściwa godzina, chodźmy już, spóźnimy się... Mimo Krzychowych obaw, wskazówki dotarły do właściwych punktów (jak dla mnie to zdecydowanie za szybko) i pojechaliśmy na dwa samochody - My z chłopakami i tortem w bagażniku, a Paweł z Iwonką i dziewczynami, za nami.
niedziela, 3 grudnia 2017
Goście z Jaworzna na Krakowskim Rynku
Pierwszy grudniowy weekend jest bardzo nasycony atrakcjami, w związku z czym dzieciaki same już nie wiedzą, czego jeszcze powinny chcieć. Od powrotu Pawełka z sanatorium Krzyś odliczał już każdą godzinę do swojej imprezy urodzinowej, a tu się okazało w środę wieczorem, że na weekend przyjadą do nas Iwonka i Paweł z Jaworzna oraz ich córki - Maja i Nela. Jak się Michaś z Krzysiem dowiedzieli, że ich ukochane koleżanki będą u nas już teraz, a nie za tydzień, jak pierwotnie było planowane, nie wiedzieli już zupełnie na co czekać - czy na dziewczyny, czy na urodziny, czy może już na Mikołaja... Tysiące razy powtarzane pytania:"Kiedy będą?", "Za ile przyjadą?", "Kiedy będzie impreza?", "Czy wszyscy przyjdą?" sprawiły, że nie marzyła o niczym innym poza tym, żeby już było po imprezie.;)
czwartek, 30 listopada 2017
Prezenty i niespodzianki
Kiedy przychodzi listopad, zaczynają się dyskusje, marzenia i życzenia prezentowe, które z każdym dniem przybierają na sile, by osiągnąć punkt kulminacyjny na przełomie listopada i grudnia. Zazwyczaj prezentowe szaleństwo zaczynało się od dnia urodzin Krzysia, czyli 21 listopada, ale w tym roku, ze względu na wyjazd Pawełka do sanatorium, impreza urodzinowa została przełożona w czasie i odbędzie się dopiero w najbliższą sobotę. Od tygodnia Krzyś nie myśli już o niczym innym, tylko o swojej uroczystości i PREZENTACH. Zauważyłam jednak, że im bliżej jest sobota, tym częściej chłopcy przypominają sobie o Mikołaju, do którego listy wysłali już dawno, dawno temu... Za chwilę Mikołaj podrzuci prezenty w domu, szkole, klubie piłkarskim i nie wiadomo, gdzie jeszcze. A jak już przyjdzie, zacznie się czekanie na Gwiazdkę i upominki schowane pod choinką...
Nie tylko o prezentach listopadowo - grudniowych chciałam napisać, ale o takich zwykłych, codziennych, które mnie sprawiają więcej radości niż takie pozyskane ze sklepu. Przede wszystkim miałam problem z wymyśleniem prezentu, który chciałabym dostać od Mikołaja, a list musiał być; od ubiegłego roku pisze go za mnie Krzychu. Rok temu dostałam wielki garnek, a teraz, po głębokiej analizie potrzeb zażyczyłam sobie zestaw kolorowych talerzy. No i Mikołaj ma problem z wyborem... Właściwie to niewiele mi do szczęścia potrzeba, bo mam wszystko. Czasu trochę więcej by się przydało co najwyżej.
wtorek, 28 listopada 2017
Tyle dobra się zmarnowało
Już trzecią niedzielę z rzędu spędzaliśmy na Ponidziu. To już ostatni wyjazd do Buska zdroju w tym roku, bo Pawełkowi skończyła się sanatoryjna mordęga i przywieźliśmy go do domu. Zanim jednak dotarliśmy do Krakowa z odzyskanym tatusiem, był przed nami cały dzień, co prawda niezbyt długi, bo listopadowy, ale wolny - wyjazdowy.
Po cudownej, słonecznej sobocie, niedzielny poranek budził się w ślimaczym tempie z deszczem i czarnymi chmurami. Chłopcy, którzy sobotnie popołudnie spędzili na szaleństwach w parku trampolin, gdzie byli na imprezie urodzinowej koleżanki, byli tak zmęczeni, że rano nie mieli specjalnej ochoty na wstawanie z łóżka. Nawet Krzyś, który od środy z nasilającą się częstotliwością powtarzał: "Chcę do taty!", nie mógł się zmobilizować do wstania. Nie pospieszałam ich zbytnio, bo padał, więc długość spaceru i tak trzeba byłoby dostosować do panujących warunków. Wyjechaliśmy dopiero parę minut przed ósmą.
Za Krakowem deszcz ustał, ale droga była mokra, a miejscami również przymarznięta. Jechaliśmy powoli, a i tak, przed jednym z rond (na trasie z Krakowa do buska jest ich 13; chłopcy przeliczyli), nawet wpadliśmy w mały poślizg, prawie, kontrolowany. Czas jazdy wykorzystaliśmy na naukę - Michałek uczył się opowiadać legendę o Lechu, Czechu i Rusie, a Krzychu alfabetu. Dobrze nam ta nauka poszła, bo dzisiaj chłopcy dostali szóstki.:)
sobota, 25 listopada 2017
Na kucykach po uszaki
Listopad podarował nam jeszcze jeden cudny dzień. Chwilami miało się nawet wrażenie, że to wcale nie jest późna jesień, tylko wczesna wiosna, tak koło połowy marca. Dzień zaczęliśmy standardowo - poranny wyjazd do koni, gdzie ja męczyłam konie i jeźdźców na ujeżdżalni, a chłopcy sami organizowali sobie czas. Dzisiaj trenowali wspinanie się na drzewa, pod którymi rosły cierniste krzewy, na co Krzyś zwrócił uwagę dopiero wtedy, kiedy w nich wylądował. Ponieważ było naprawdę cieplutko, kurtki wylądowały w samochodzie, a chłopcy bawili się w samych bluzach. było im wygodnie bez jednej grubej warstwy ubrania, ale okazało się zgubne dla Krzycha, który zsunął się z drzewa i wylądował wprost na kolcach pokrywających gałązki krzaków pod drzewem. Bluza się podwineła i cały brzuszek Krzysiowy został porysowany okrutnymi cierniami. Dopiero co przestał go brzuszek boleć od środka, a już mu jego właściciel zafundował bolesność zewnętrzną. Buźka się Krzychowi wykrzywiła, ale łza żadna nie wyciekła. Stwierdził tylko zbolałym głosem, że strasznie boli. Po chwili jednak, kiedy obejrzał odniesione rany, doszedł do wniosku, że przecież będzie mógł je pokazać kolegom.:) Zadrapania od razu przestały boleć.
Było południe. Cieplutki wietrzyk i słońce. Nie musieliśmy się nadmiernie spieszyć z powrotem do domu, bo następna planowana godzinowo atrakcja - urodzinowa impreza u koleżanki Krzysia - miała się odbyć dopiero o 17.30. Żal byłoby wracać już do domu. Wzięliśmy więc Żółtego i Feliksa na spacer w kierunku melioracyjnego rowu, nad którym już niejednokrotnie pozyskiwaliśmy uszaczki bzowe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

