Mieleńce z pierwszego tegorocznego zółciaka tak posmakowały Michałkowi, że zanim jeszcze skończył jedzenie, dopytywał kiedy będzie następne takie danie. Cóż miałam odpowiedzieć - przecież po żółciaka nie da się pójść do marketu i przynieść go, kiedy ma się ochotę na danie z nim w roli głównej. Grzybka trzeba znaleźć, pozyskać i dopiero zjeść.
Przepatrzyłam kilka żółciakowych miejscówek parkowych, ale w żadnej z nich nie czekał nawet najmniejszy żółtek. Wybrałam się też na konny spacer na Dłubnię, gdzie rok temu żółciaków było nie do wyniesienia - tam również nic nie wyrosło.:( w sumie to wcale się tym żółciakom nie dziwię, ze nie pchają się na świat, skoro temperatura jest ciągle mało wiosenna, a we wtorek nawet sypnęło śniegiem. A Michaś dopytywał codziennie, kiedy tego żółciaka mu znajdę. Ostatnią szansą był park wokół szpitala znajdujący się koło boiska, na którym trenuje Krzyś. Zapowiedziałam zatem Michałkowi, że sam będzie polował na swój obiad. Co prawda w tym parku nigdy żółciaka nie znalazłam, bo chodzimy tam na regularne spacery dopiero od jesieni ubiegłego roku, kiedy Krzyś zapragnął zostać Messim, ale rośnie tam tyle sarych drzew, że obecność żółciaków wydawała się wielce prawdopodobna.
